Wojtek szuka miodu
Wojtek szuka miodu

Z tego tytułu otrzymywał podwójną porcję żywności, którą przydzielali Anglicy. Rzecz potwierdza 90-letni dziś ppor. Józef Możdżeń z Żor Rogoźnej, który walczył z Niemcami w polskich siłach zbrojnych na zachodzie. Starszy pan ma fenomenalną pamięć i służy zdjęciami, na których widać misia. – Nie widziałem tylko, żeby nasz niedźwiedź nosił pociski armatnie, o czym krążyły legendy. Wszystko inne jest prawdą – podkreśla.

Droga do wojska
Skąd wziął się w polskim wojsku? Istnieje kilka wersji. Jedna mówi, iż żołnierze kupili dwa maleńkie niedźwiadki od chłopca w Persji. Pan Józef twierdzi jednak, że żołnierze znaleźli misie w perskich górach. Prawdopodobnie matka udała się na żer i zostawiła swoje dzieci, co wykorzystali nasi mundurowi. W każdym bądź razie nie podlega dyskusji, iż niedźwiadki trafiły do polskiego wojska na terenie dzisiejszego Iranu.
Możdżeń przebywał wtedy w szpitalu w Teheranie. – Pewnego razu zasłabłem, dowodząc wartą. Odzyskałem siły dopiero po miesiącu. Ale za sprawą przyjaciela, księcia Lubomirskiego, zostałem w szpitalu dalszych osiem miesięcy. Obaj pomagaliśmy w obsłudze placówki. Lubomirski znakomicie znał angielski, więc pośredniczył między dyrektorem szpitala i polskimi pacjentami. Kiedy wróciłem do swojej korpuśnej (bezpośrednio podległej gen. Andersowi) 22. Kompanii Zaopatrzenia Artylerii, ta stacjonowała już w Iraku, a w oddziale były dwa misie – opowiada żorzanin.

W kabinie samochodu
Żołnierze wykarmili niedźwiadki skondensowanym mlekiem rozcieńczanym wodą. Wojtek bardzo szybko przywykł do ludzi. Natomiast drugi samczyk był natarczywy i być może niebezpieczny. Dlatego żołnierze nie zbliżali się do niego, a potem zostawili w ogrodzie zoologicznym w Egipcie. – Wojtek przeszedł z nami cały szlak bojowy od Persji, przez Morze Śródziemne, Monte Cassino po Bolonię. Traktowaliśmy go jak żołnierza i najlepszego przyjaciela – zaznacza pan Józef.
Kompania Możdżenia nie brała bezpośrednio udziału w walkach. Poszczególne jednak plutony dowoziły na front armatnie pociski jednostkom artylerii dalekiego zasięgu. Wtedy żołnierze znajdowali się pod obstrzałem wojsk niemieckich. – Konwój liczył zwykle 12 ciężarowych samochodów wypełnionych pociskami. Pod Monte Cassino na jedną armatę przypadało 800-900 sztuk. Niedźwiedź jeździł z nami. Początkowo siedział w kabinie wybranego auta, na który przyklejano specjalny znaczek z wizerunkiem misia. Wtedy wszyscy wojacy wiedzieli, że tym samochodem podróżuje Wojtek. Kiedy nasz niedźwiadek dorósł, wojażował ze swoim opiekunem na masce znacznie większego dźwigu, bo nie mieścił się już w kabinie – mówi pan Józef.

Przerażone żołnierki
Żorzanin wspomina zabawne zdarzenie. Otóż kiedyś na irackiej pustyni miś urwał się z uwięzi. Wpadł do pobliskiego obozu, w którym stacjonowały kobiety. – Panie podniosły straszny raban. Przerażone wypadły z namiotów tak jak spały, tylko w biustonoszach i majteczkach. Nasi wartownicy usłyszeli krzyki i wysłali po misia opiekuna. Kiedy Wojtek zobaczył dźwig, od razu wskoczył na maskę i wrócił do męskiego obozu – śmieje się nasz rozmówca. 22. Kompanię często odwiedzali żołnierze z całego korpusu. Każdy chciał mieć wspólne zdjęcie z niedźwiedziem. Wojtek pozował chętnie i cierpliwie. Pan Józef mówi, że nauczył się wielu żołnierskich sztuczek. Połykał np. zapalone papierosy. Nigdy nie brał do pyska papierosa bez dymka. Często żołnierze kupowali mu piwo. – Brał butelkę w obie łapy i pił. Kiedy poczuł, że piwo już nie leci, jednym okiem zaglądał do butelki. Gdy była pusta, odrzucał ją na bok. Lubił też czekoladę, ciastka i cukierki – relacjonuje Możdżeń.

Zapasy z misiem
Jak wspomnieliśmy na wstępie, miś dostawał podwójną żołnierską porcję żywności, bo nie wyżyłby z jednej. Nie grymasił, jadł to samo, co inni wojacy. Na śniadanie wypijał kawę. W południe spożywał zupę. Ponadto zjadał mnóstwo chleba z dodatkami, czyli pokrojoną na plastry konserwową szynką i mięsem wołowym.
Żołnierze próbowali sprawdzić siłę misia. W tym celu organizowali zapasy ze zwierzęciem. Wojtek wszystkich zwalał na łopatki. Następnie delikatnie kładł się na przegranym rywalu, by podkreślić swój sukces. Wstawał, czekając na następnych konkurentów. Nikomu nie zrobił najmniejszej krzywdy. Po przetransportowaniu polskich żołnierzy do Szkocji, Wojtka oddano do ogrodu zoologicznego w Edynburgu. – Czuł się tam źle. Brakowało mu swobody, którą miał w wojsku. Ożywiał się tylko na brzmienie polskiej mowy. Zdechł w niewoli ze starości – kończy pan Józef.



Józef Możdżeń urodził się w górnośląskim Rogoźniku. W 1936 roku zamieszkał w Rogoźnej, dzielnicy Żor. Pracował w 45-hektarowym gospodarstwie Dzidy, które specjalizowało się w uprawie warzyw.
1 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany do 4. Pułku Strzelców Podhalańskich, który stacjonował w Cieszynie. – Oficjalnie byliśmy na czterotygodniowym szkoleniu dla rezerwistów. Tak naprawdę to była cicha mobilizacja, by nie drażnić Niemców. Wszyscy spodziewaliśmy się, że wybuchnie wojna – wspomina pan Józef. Po przegranej kampanii wrześniowej trafił na teren Związku Radzieckiego. Tam w 1941 roku na mocy układu Sikorski – Majski (ambasador ZSRR w Londynie) powstało polskie wojsko pod dowództwem gen. Władysława Andersa, zwolnionego z sowieckiego aresztu na Łubiance. Możdżeń zgłosił się do polskiego wojska. Jego 22. Kompania Zaopatrzenia Artylerii działała w ramach 5. Kresowej Dywizji Piechoty, którą dowodził gen. Nikodem Sulik. Później wraz z całym korpusem wyszedł do Persji. W Iraku nastąpiła reorganizacja korpusu. Kompania Możdżenia stała się jednostką korpuśną, bezpośrednio podporządkowaną gen. Andersowi. Pan Józef nie brał bezpośrednio udziału w zdobywaniu klasztoru na wzgórzu Monte Cassino. Dowoził jednak na front pociski artyleryjskie. Następnie pan Józef służył w brygadzie pościgowej nękającej niemieckie wojska aż do Bolonii. Do kraju wrócił ze Szkocji 15 lipca 1947 roku. (IrS)

Komentarze

Dodaj komentarz