post image
Rzekomo zabezpieczony budynek niedoszłej porodówki

Wielu mieszkańców Jastrzębia ma już dość widoku niszczejącego budynku niedoszłej porodówki przy ul. Jana Pawła II. – To nie tylko kwestia ładu, ale także bezpieczeństwa – przekonuje Dariusz Mazur.
Jak dodaje, to teren spacerowy, z tyłu obiektu często chodzą dzieci. Co prawda drzwi zamurowano, ale istnieją niezabezpieczone wejścia. Teraz w wakacje dzieci mają dużo czasu, a więc i więcej pomysłów. – Oby nie wymyśliły sobie zabawy w zrujnowanym obiekcie – mówi pan Dariusz. Przypomnijmy, że budynek należy do Jastrzębskiej Spółki Węglowej, która przeznaczyła go na swoją przyszłą siedzibę. Kupiła go w 2005 roku za 785 tys. zł. Od tego czasu nic się tam nie dzieje. Przebudowa miała kosztować 35 mln zł, ale rynek zweryfikował te plany.
Obecnie wznawiana jest procedura przetargowa, a w optymistycznym wariancie zarząd wprowadzi się do biurowca za dwa lata. Na razie w zrujnowanym gmachu w każdej chwili może dojść do nieszczęścia. – Mogę zapewnić, że obiekt jest odpowiednio zamknięty i chroniony. Pilnuje go firma ochroniarska. Za dnia dozór pełni jedna osoba, w nocy dwie. Od razu wykazują się czujnością, reagują nawet na dziennikarzy – mówi Katarzyna Jabłońska-Bajer, rzeczniczka spółki. Realia są jednak inne. Na teren nieruchomości można wejść bez przeszkód. Wystarczy jedynie spuścić wzrok w trakcie mijania czerwonych tablic z zakazami wstępu, żeby mieć czyste sumienie.
Okna są zabite deskami, ale odnosi się wrażenie, że zrobiono to bez przekonania, a przez szerokie szpary można przecisnąć się do środka. Szyby są powybijane, wszędzie wala się szkło. Budynek zabezpieczony z pewnością nie jest. Ochrona rezyduje od frontu, zwykle w prywatnym samochodzie. Nie zwraca uwagi na kogoś, kto przez kilkanaście minut okrąża budynek z aparatem fotograficznym w rękach i wręcz demonstruje zamiar wejścia do środka. To cud, że do tej pory nie doszło tam do poważniejszego wypadku. – Widuję stróżówkę agencji ochrony, czyli samochód przed głównym wejściem. Ostatnio nie mieliśmy tam interwencji. Wcześniej łapaliśmy złomiarzy, którzy wynosili np. klamki. Właściciel jednak nie prosił o zainteresowanie się tym obiektem – mówi Grzegorz Osóbka ze straży miejskiej.



Przy okazji sprawy powraca nieśmiertelne pytanie: czy naprawdę musi dojść do tragedii, żeby ktoś zajął się sprawą? Niestety, będzie ona powracała tak długo, jak długo właściciele będą skupiali się na planach i wizualizacjach, a nie zajmą się realnym zabezpieczeniem budynku. (TZ)

Komentarze

Dodaj Komentarz