post image
Dla pana Stanisława gołębie nie stanowią kłopotu


Jedne z najbardziej eksponowanych miejsc, na parapetach i balkonach nawet najwyższych pięter należą do gołębi. O tych ptakach zrobiło się ostatnio głośno przy okazji bytującego w ich piórach niewielkiego kleszcza. To głównie on jest powodem nagonki na te chronione ptaki w centrach miast. Pozostałe powody niechęci do gołębi to ich wzbierająca natarczywość, odchody i apetyt, który niekiedy pcha je do wyjadania nasion z doniczek. Szkodnictwo latających symboli pokoju nie dla wszystkich jednak jest jednoznaczne. Nigdzie nie brakuje bowiem miłośników ptaków, którzy okruszkami zaspokoją apetyt ich dziobów. W samym centrum Jastrzębia, w osiedlu np. Arki Bożka, ptasi problem nie jest bardzo nasilony, tym niemniej i tutaj spotkać można wiele tych ptaków.
– Spotyka się je, ale nie szkodzą zbytnio. Przynajmniej ja tego nie odczułem – wzrusza ramionami pan Stanisław. Obecność gołębi odczuwają za to administratorzy bloków. Jak zapewnia Wiesław Dydo, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej „Nowa”, on sam jest miłośnikiem zwierząt, ale musi dbać o zdrowie i wygodę wszystkich mieszkańców. – Ostatnimi czasy trzeba reagować na powiększającą się liczbę gołębi. Z nakazu sanepidu wyprowadzaliśmy gołębniki poza obręb osiedla. Na niewiele jednak się to zdało, bo ptaki nie chciały się wynieść. Lepiej byłoby oczywiście, gdyby trzymały się ogródków działkowych czy garaży, ale obawiam się, że nie da się ich do tego przekonać. Alergicy nadal są więc narażeni są na pył z piór, a lokatorzy obserwują czasem wicie gniazd na uczęszczanych balkonach – mówi prezes.
Skrzydlaci goście w osiedlach nie są jedyni. Nisko przy ziemi, a także pod nią bytują gryzonie. – O, taki był – obrazowo pokazuje pani Maria, mieszkanka osiedla. Chodzi o szczura, którego zaobserwowano na trawniku przed blokiem. Takie spotkania to jednak rzadkość. Walkę z gryzoniami można prowadzić bardziej systematycznie niż z gołębiami. – No cóż, szczury są we wszystkich miastach na całym świecie. U nas nie są jednak tak uciążliwe. Dwa razy do roku przeprowadzamy deratyzację, poza tym reagujemy wtedy, gdy mieszkańcy zwracają uwagę na obecność zwierząt. W piwnicach nie przechowuje się już tylu wiktuałów co niegdyś, dlatego gryzonie pojawiają się tam rzadziej – tłumaczy Wiesław Dydo.
Stawkę nielegalnej czworonożnej menażerii osiedlowej dopełniają bezdomne psy i wałęsające się koty. Szczególnie te ostatnie mnożą się zadziwiająco szybko. W walce z nimi nie można jednak zapominać o ich prawach, zapisanych w ustawie. – Można stwierdzić, że każde osiedlowe zwierzę może stanowić potencjalne zagrożenie, np. przenieść chorobę na ludzi. Nad takimi zwierzętami nie ma kontroli, ich stan zdrowia nie jest monitorowany. To, że są uciążliwe, nie może usprawiedliwiać jednak znęcania się nad nimi. W żadnym razie nie wolno im wyrządzać krzywdy, niedopuszczalne jest zabijanie gołębi, trzeba ograniczyć się do odstraszania z balkonów – wyjaśnia Jacek Bober z wydziału ochrony zwierząt Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Wodzisławiu.



Wychodzi na to, że żyjąc w osiedlu, trzeba się przyzwyczaić do obecności przedstawicieli świata zwierzęcego. I wpisać ją do miejskiej specyfiki obok hałasu samochodów, spalin i ulicznego gwaru przechodniów. (TZ)

Komentarze

Dodaj Komentarz