20023902
20023902


Nie znosił, gdy nazywano go malarzem niedzielnym. Odpowiadał na to z przekąsem, że w niedzielę modli się o natchnienie, a maluje tylko w tygodniu. Lubił stare malarstwo holenderskie, Malczewskiego i rzeźby Abakanowicz. Nigdy nie krytykował innych. O sobie mówił tylko wtedy, gdy wspominał dzieciństwo.Przez całe życie opowiadał o kilkunastu lekcjach w rydułtowskim ognisku plastycznym. Tu pierwszy raz nauczyciel pokazał mu technikę rzeźbienia w glinie. W drugiej klasie szkoły podstawowej przygotował serię postaci i głów ludzkich. Pedagodzy z podziwem pokazywali tę kolekcję innym uczestnikom zajęć. Pewnego dnia jakiś zawistnik wszystko rozdeptał. Henryk Topisz nie poszedł już więcej do ogniska. Odtąd sam mozolnie zgłębiał tajniki malarstwa, grafiki i rzeźby.Nie lubił, gdy krytycy porównywali go do Nikifora czy Teofila Ociepki. Miał jednak w sobie coś z malarza naiwnego. Każde jego płótno zdradza fascynację światem baśni, mitów, wierzeń i legend. Jego malarska przestrzeń przesycona jest szczegółami z najbliższego otoczenia, wspomnieniami z dzieciństwa, wreszcie klimatem kopalni, pracy górniczej i familoków.– Mało kto tak dobrze jak on rozumiał Śląsk – wspomina Henryka Topisza inny pszowski malarz Maksymilian Hojka. – On lubił takie epickie obrazy, gdzie ludzie rozmawiają z sobą albo wręcz demonstrują coś ważnego. Nie ma w jego pracach nic sztucznego. Sam był człowiekiem powściągliwym, ale uwielbiał żart artystyczny. Gdyby żył w dużym mieście, pewnie zostałby satyrykiem.Godzinami potrafił rozprawiać na temat skomplikowanej natury szarości. Twierdził, że nie ma drugiego takiego koloru, za sprawą którego można wyrazić tyle klimatów. Parę lat temu w pszowskiej bibliotece wystawiał swoje pejzaże. Kilkanaście szarych płócien. W tej samej tonacji był i wchód słońca nad morzem, i widok kopalni Anna o zmierzchu, i wiejskie chałupy z okolic Mszany. Ktoś potem napisał, że ta wystawa mogłaby mieć tytuł „Świat szarości”.Mówił, że z tym kolorem też trzeba uważać, bo można popaść w natręctwo. Dwa, trzy odcienie na jednym płótnie i nic więcej. Gdy zaczyna się je mnożyć, powstaje coś w rodzaju wiersza ułożonego z samych przymiotników. Ta ścieżka prowadzi wprost do kiczu – twierdził.Na jesieni planował przygotowanie dużej wystawy retrospektywnej. W tym celu wracał do dawnych obrazów i przygotowywał nowe grafiki. Znajomym i przyjaciołom powtarzał: Spotkamy się jesienią.I spotkaliśmy się 18 września w południe. Na Jego pogrzebie.Henryk Topisz miał sześćdziesiąt lat.
Baner reklamowy

Komentarze

Dodaj komentarz