To byly rekolekcje
To byly rekolekcje




– Stan wojenny przedłużył agonię systemu komunistycznego. To, co było w nim najgorsze, to fałsz i obłuda, walka z nimi była głównym motorem moich poczynań, zarówno wtedy w latach Solidarności, jak i później, gdy będąc prezydentem miasta, mówiłem głośno o korupcji w rybnickiej komendzie policji.Jesienią 1981 roku jako szef działu współpracy z zagranicą stałem na czele delegacji Regionu Śląsko-Dąbrowskiego Solidarności, która pojechała do Paryża i Bordeaux. Przeżyliśmy wspaniałe chwile. Powiedziałem tam, że już po raz ostatni wyważyliśmy bramę do wolności. Gdy później nastał stan wojenny, przeżyłem zupełny szok.Tamtej grudniowej nocy obudził mnie ojciec i powiedział: czy ty wiesz, co się dzieje? Piętnaście minut później wybiegłem z domu. 15-osobowe prezydium zarządu regionu Solidarności było podzielone na cztery grupy, które w razie czego miały obstawić największe zakłady – kopalnię Katowice, huty Katowice i Baildon oraz fabrykę samochodów w Tychach, gdzie musiałem się dostać. Gdy szedłem w stronę stacji PKP na Paruszowcu, miałem wrażenie, że ktoś za mną idzie. Wsiadłem do pociągu do Katowic, a serce waliło mi jak młot. Gdy pociąg ruszył ze stacji Orzesze Jaśkowice, stanąłem w otwartych drzwiach, by wyskoczyć. Czekałem, aż pociąg nieco się rozpędzi, by mieć pewność, że ów ubek już za mną nie wyskoczy. Przeszedłem przez jakiś las, wstąpiłem do kościółka, by się chwilę pomodlić i wyszedłem na drogę prowadzącą z Rybnika do Orzesza. Tam złapałem taksówkę i kazałem się zawieźć do fabryki samochodów małolitrażowych w Tychach. Taksówkarz miał włączone radio i z niego dowiedziałem się, że wprowadzono stan wojenny. Fabryka w Tychach była już otoczona czołgami i transporterami. Zdołałem porozmawiać z kilkoma znajomymi i udałem się do Huty Baildon. Była niedziela. Przenocowałem u znajomego i rano razem z ludźmi weszliśmy na zakład.Około ósmej rano zjawił się komisarz wojskowy i zaczął do nas przemawiać, że stan wojenny, że musi wykonać rozkaz itd. Jeśli chodzi o hierarchię związkową, byłem tam najstarszy szarżą. Powiedziałem do niego: proszę pana, my tylko strajkujemy na znak solidarności z naszymi przywódcami, których wyście pozamykali. Wycofał się. Atmosfera była wspaniała. Ustawiliśmy krzyż, a po całym zakładzie rozstawiliśmy „czujki”, by wiedzieć, co się dzieje na zewnątrz. Pół godziny po północy do naszego sztabu dotarła wiadomość, że rozpoczyna się szturm. Zaproponowałem, by wszyscy zebrali się w jednej hali. Było nas tam może 120, może 150. Huku, który się wtedy rozległ, nigdy nie zapomnę. Po kilku uderzeniach olbrzymie stalowe drzwi runęły. Potem zobaczyliśmy ZOMO-wców. W kaskach, z tarczami i pałkami wyglądali jak stworzenia z innej planety. Dziwnie się też zachowywali, jakby ktoś ich czymś nafaszerował... W pierwszym szeregu stanęli ci z karabinami maszynowymi. Wtedy po raz pierwszy poczułem na sobie ciężar odpowiedzialności. Pomyślałem, że przecież wystarczy kilka sekund, jakaś głupia prowokacja i nieszczęście gotowe. Nagle runęły drzwi z drugiej strony hali i zostaliśmy otoczeni. Krzyknąłem, że chcę rozmawiać z dowódcą. Powiedziałem mu, że nie będziemy walczyć gołymi rękami z karabinami maszynowymi, że chcemy tylko spokojnie wyjść. Powiedział, że mam jego słowo oficera, że ludziom nic się nie stanie.Gdy wychodziliśmy z hali, dwóch mężczyzn wyszarpało mnie z tłumu. Musiałem potem patrzeć, jak biją robotników. ZOMO-wcy urządzili im tzw. ścieżkę zdrowia, ustawili się szpalerem w trzech rzędach. Ci, co stali na zewnątrz ścieżki, uszczelniali ją, trzymając się nawzajem za pasy, natomiast stojący w trzecim, wewnętrznym rzędzie okładali pałami przechodzących robotników. Patrzyłem bezsilny na tę swołocz. Przy tym wszystkim ujadały jeszcze psy. Sam siebie pytałem, czy to możliwe?Przed komendą miejską milicji w Katowicach, gdzie nas zawieźli, jeden z funkcjonariuszy krzyknął: – Skurwysyny czapki z głów. Przemówi do was prokurator wojskowy! Dowiedzieliśmy się od niego, że za opór grozi nam od dwóch lat więzienia do kary śmierci.Wskazując palcem, wybierali spośród nas kolejne osoby. Nazwisko Makosz padło ok. trzeciej w nocy. Jakiś major zapytał: – Panie magistrze i co pan z tą hołotą robi? Puściłem to mimo uszu i powiedziałem, że chciałbym zdążyć na pierwszy pociąg do Rybnika. – I zostawi pan teraz władzę ludową z tymi skurwysynami? – stwierdził ironicznie.W końcu sprowadzono mnie do ciasnej celi w piwnicy, gdzie chłopy pościskane jak sardynki już spały. Znalazłem sobie jakoś miejsce. Ze snu wyrwał mnie krzyk milicjanta: magister Makosz! Tym razem czekało na mnie dwóch mężczyzn w cywilu. Zabrali mnie na komendę wojewódzką. Tam przesłuchujący ubek zapytał, czy czytałem dzisiejsze gazety. Powoli docierało do mnie, jak ci ludzie byli szkoleni, jacy byli cyniczni. Potem zapytał, jak ja sobie to wszystko dalej wyobrażam. Odpowiedziałem, że jak zaczną strajkować górnicy i tysiące innych ludzi, to i tak tego nie opanują. Zawołał mnie wtedy do okna i pokazał sznur czołgów i wojskowych transporterów. – Właśnie jadą zrobić porządek na Jastrzębiu. Nogi aż się pode mną ugięły.W końcu usłyszałem, że mogę jechać do domu, który wcześniej dokładnie już przeszukano. Następnego dnia, w środę rano, miałem się tylko zgłosić na komendę milicji w Rybniku.Na komendzie około trzynastej skuli mnie i zawieźli do więzienia w Raciborzu. To wrażenie było piorunujące. Nie pamiętam już, ile krat się za mną zamknęło, ale przypomniał mi się film o Alcatraz. Gdy zapytałem, gdzie mnie prowadzą, usłyszałem, że na „recydywę”. Trafiłem do pojedynczej celi. Gdy klawisz otworzył potem drzwi, wyciągnąłem nogę, uniemożliwiając ich zamknięcie. Chciałem się czegoś dowiedzieć, zapytać, co ze mną będzie. Odpowiedział pytaniem: – A co wyście chcieli zrobić, wszystkich nas powiesić? Wtedy zrozumiałem, jak ten system działał, co tym ludziom naopowiadano. Z dobrą godzinę opowiadałem mu przy tych uchylonych drzwiach, co to jest Solidarność i o co walczymy. Wieczorem ten sam klawisz otworzył drzwi celi i przestraszonym głosem powiedział: – Panie Makosz, przyjechali po pana. Był bardziej przestraszony niż ja. Potem dał mi pół chleba i mówi: – Weźcie, bo nie wiem, czy tam będziecie mieli co jeść.Z Raciborza zawieźli mnie do więzienia w Jastrzębiu Szerokiej. Dopiero tam pokazali mi akt internowania. Kilka dni spędziłem w celi bez okna, nie wiedząc, czy jest dzień, czy noc. Dlatego tak mocno utkwiły mi w pamięci blask słońca i biel śniegu podczas pierwszego spaceru. Chodziłem po spacerniaku i stwierdziłem, niech mnie tu zastrzelą, ja już do tej ciemnicy nie wrócę. Zażądałem rozmowy z komendantem więzienia. Wkrótce przeniesiono mnie do pawilonu z oknami, w którym przebywali inni internowani. Tam spotkałem już kilku znajomych, m.in. Jasia Cholewę z kopalni Halemba. Dopadło mnie zapalenie płuc, dostałem się do szpitala. Akt zwolnienia otrzymałem w szpitalu 28 lipca 1982 roku.Nie wspominam tamtego czasu jako przekleństwa, bo to były prawdziwe rekolekcje. Ale też dopiero dzisiaj wiem, ile to kosztowało moich bliskich, jak się to odbiło na całej rodzinie. Niektórzy dziwili się, że nie wyjechałem za granicę, w końcu miałem takie możliwości. Ale ja wciąż wierzyłem, że ta wolność w końcu przyjdzie.W 1990 roku Józef Makosz został prezydentem Rybnika, pierwszym po odrodzeniu samorządów.

Zanotował: WACŁAW TROSZKA

Komentarze

Dodaj komentarz