post image
Chwila relaksu ze wspłpracownikami. Łukasz drugi z prawej / Archiwum

Kiedy tylko dowiedział się o tajfunie, który zabił co najmniej 10 tysięcy ludzi, natychmiast szukał na portalach społecznościowych swoich znajomych i przyjaciół. Na szczęście nikt spośród nich nie ucierpiał. – Pytałem od razu, czy są cali i zdrowi i czy nie grozi im jakieś niebezpieczeństwo. Wypytywałem o ich bliskich. Na szczęście ta tragedia nie dotknęła ich w sposób bezpośredni, Filipiny mają ponad 100 milionów mieszkańców... – mówi Łukasz. Większość jego przyjaciół mieszka w stolicy, Manili, i w jej okolicy, a tajfun szalał w prowincji Leyte.

Łukasz pracował w dziale księgowym w praskim oddziale korporacji Accenture. Ta, na zlecenie norweskiego kontrahenta, wysłała go na Filipiny, by uczył Azjatów fakturowania w firmie z branży wydobywczej. Rybniczanin pracował w Manili. Było to na przełomie sierpnia i wrześniu 2010. Spędził tam trzy tygodnie. – Pracowałem z dziesięcioosobowym zespołem, uczyłem tych ludzi, jak wyglądają norweskie faktury, a także urzędniczych słówek potrzebnych do ich wystawiania – mówi Łukasz.

Na początku trochę stresowała go świadomość samotnej podróży na drugi koniec świata. Leciał 13 godzin z Amsterdamu. - Na szczęście jestem dość kontaktowy i szybko nawiązuję znajomości, więc łatwo pozbyłem się stresu i potraktowałem ten wyjazd jako pewnego rodzaju przygodę – opowiada Łukasz. Na Filipinach pracował od godziny 13 do około 21. Godziny pracy dostosowane były do Norwegów. Gdy tam był, panowała akurat pora deszczowa. Rankiem zwykle przez godzinę-dwie padało, potem robiła się ładna pogoda z temperaturą powyżej 30 stopni, a wieczorami znów lało.

Łukasz chwali sobie filipińskie jedzenie, i to nie tylko to z hotelu. Ponieważ jest typem włóczykija, często chodził w Manili swoimi ścieżkami. – I chociaż już drugiego dnia doszło tam do zamachu na turystów, to czułem się bezpiecznie – opowiada Łukasz. Ciekawostka: w Manili nie ma metra, pociągów, za to bardzo tanie są taksówki i małe busiki, tzw. jeepneys, które dla pasażera mogą zmienić nawet trasę. Ponoć po jednym z koncertów na Filipinach takiego busika ściągnął sobie do Stanów Robbie Williams! W samej Manili są olbrzymie korki.

Rybniczanin mówi, że Filipińczycy są bardzo podobni do Polaków. I tu, i tam wiele osób żyje na emigracji. Stolica jest podobnej wielkości, co Warszawa. 90 procent mieszkańców to chrześcijanie, większość z nich to katolicy. Wszyscy wiedzą, że Polska jest krajem Jana Pawła II. W kraju panuje duże rozwarstwienie społeczne. Filipiny mają bardzo złożoną historię, podobnie jak Polska. Drugim językiem urzędowym jest tam amerykański, którego można uczyć się od tubylców!

Kwitnie życie towarzyskie. Popularną formą relaksu jest karaoke. – Z moimi trochę kiepskimi możliwościami wokalnymi raczej odstawałem od miejscowych. Byli jednak bardzo grzeczni i wyrozumiali. Mieliśmy takie wyjścia w ramach integracji teamu – mówi Łukasz. 10 września miał urodziny, obchodził je w Manili. Był to zarazem ostatni dzień jego pracy. – Zaskoczyli mnie bardzo, mieliśmy akurat dużą konferencję i dwa tysiące osób składały mi życzenia! Zaprosiłem na pożegnalną kolację cały swój zespół – mówi Łukasz.

4,5 mln osób na Filipinach potrzebuje wsparcia po przejściu tajfunu. Pomoc zapowiedziała m.in. Caritas Polska

 

Komentarze

  • anonim komentarz gdybym gówno robił tak jak wszyscy w tej zajebanej polsce to kazdy z nas by tam pojechał,bo by miał pieniądze i sie przechwalał ze ma tam przyjaciół ,przez trzy tygodnie kto znajdzie przyjacół ,jaka jest definicja przyjaciela ,to niepierdolcie mi o przyjacielach jeżeli nie wiecie o czym piszecie .
  • anonim komentarz i kiedy on tam był kurwa dwa lata temu i teraz wam sie przypomniało ze kurwa filipiny istnieja zenada BANCWOŁY

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.