post image
Pociąg konny. Rycina z 1889 roku / "Światło"

 

Konie w podziemiach śląskich kopalń pracowały bardzo ciężko od pierwszej połowy XIX stulecia. Z czasem zastąpiły je maszyny, ale zwierzęta z głębin wycofano dopiero na mocy rozporządzenia z 1956 roku!

 



Pierwsze wzmianki o koniach pracujących w kopalni soli w Wieliczce pochodzą już z XVI wieku, natomiast w górnictwie węglowym na Śląsku konie pojawiły się dopiero w pierwszej połowie XIX wieku. W głębinach kopalń przejmowały najcięższe prace, wykorzystywano je głównie do transportu urobku pod szyb i dostarczania pustych wózków do przodków, a zaprzęgano w potężne kieraty napędzające podziemne pompy odwodnień, kołowroty w pochylniach oraz kołowroty wyciągowe w szybach. Do czasu unowocześnienia transportu pionowego w szybach i wprowadzenia klatek zwierzęta opuszczano w specjalnej uprzęży zadem w dół w pozycji niemal pionowej. W podziemiach lokowano w obszernych stajniach, gdzie pozostawały już do końca życia.
 
Koniorz i trybarz
 
Każdego dnia na szychtę wyprowadzali je stali opiekunowie w śląskich kopalniach zwani koniorzami, a w małopolskich kopalniach soli trybarzami. Według wymagań prawa górniczego i stosownych przepisów każde zwierzę miało w stajni własny boks oznakowany tabliczką z nazwą, wiekiem i krótkim życiorysem oraz własną szychtownicę, w której potwierdzano przepracowaną dniówkę, obowiązkowy czas wypoczynku i należną mu wolną niedzielę. Średni dobowy czas pracy konia wynosił osiem godzin. Konie pod ziemią otaczano szczególną troską. Stajnie były murowane, dostatecznie wentylowane, czyste i suche z odwadnianym spągiem, wyposażone w drewniane drabinki na siano oraz murowane żłoby do karmienia i pojenia wyłożone płytkami ceramicznymi.
Do stajni nie wolno było wchodzić z otwartym światłem łuczywa albo lampki karbidowej, gdyż konie przyzwyczajone do ciemności z nadmiaru światła doznawały uszkodzeń oczu, parskały, wierzgały i wpadały w panikę. Podczas karmienia, pojenia, czyszczenia i zakładania uprzęży koniorz posługiwał się lampką karbidową, której płomień osłonięty był specjalną koszulką w kształcie gęstej metalowej siatki przyciemniającej. Przepisy ściśle określały dzienne normy żywieniowe, które dla koni dołowych przewidywały dwukrotnie większą dawkę obroku niż dla koni powierzchniowych. Dodajmy, że konie były wybredne, jeśli chodzi o pojenie, z tego względu codziennie sprowadzano dla nich czystą i dobrą wodę w przeznaczonych do tego celu cysternach.
 
Konował i kowal
 
W kopalniach soli już w XVIII wieku konie dołowe były pod stałą opieką lekarza zwanego konowałem i kilku stałych kowali.Uprząż konia ciągnącego po szynach wózki z urobkiem bardzo różniła się od standardowej. Ze względu na ciasnotę i specyfikę otoczenia na szyję zwierzęcia zakładano ciężkie chomąto w kształcie drewnianego obłąku okutego żelaznymi klamrami. Od chomąta po całym kadłubie konia ze wszystkich stron mocowane były pasy. Podtrzymywały one skórzany worek na grzbiecie chroniący kręgosłup przed uderzeniami o niski strop, przytwierdzały też ciężki skórzany nagłówek, który swym ciężarem i zmyślną uzdą zmuszał konia do jak najniższego opuszczania łba ku ziemi. Tak skrępowany przez całą szychtę koń ciągnął zestawy wagoników nie klatką piersiową, a łbem, który jednocześnie przez tak wymuszoną sylwetkę zabezpieczony był nie tylko przed uderzeniami o niskie stropy, ale i obudowę ociosów.
W dostępnych materiałach źródłowych prawie wcale nie wspomina o sposobie usuwania odchodów i innych odpadów po koniach. W kopalni soli w Wieliczce wszelkie nieczystości ze stajni umieszczano w nieczynnych już wyrobiskach. W kopalniach węglowych o innej specyfice wyrobisk i wentylacji byłoby to kłopotliwe, co prawdopodobnie wymuszało ich wywóz na powierzchnię. Przepisy górnicze okresu międzywojennego dotyczące koni były bardzo rygorystyczne, a szczególny nacisk kładły na wentylację tych wyrobisk, gdzie konie pracowały i odpoczywały. Jedno zwierzę musiało mieć 20 m sześc. wentylowanego powietrza na minutę, czyli czterokrotnie więcej niż jeden górnik. Powojenne przepisy Technicznej Eksploatacji Węgla Kamiennego z 1951 roku normę te określały na minimum 16 m sześc. Można przypuszczać, że częściowo te wygórowane wymogi związane były z przenikliwie nieprzyjemnym odorem, jaki zwierzęta te wydzielały.
 
Surowe normy
 
Instrukcja dotyczącej woźniców dołowych (koniorzy, trybarzy) nakazywała, aby zawsze prowadzić pociąg konny, idąc ze światłem przed koniem, zaś koniec pociągu sygnalizować miało czerwone światło. W celu uniknięcia kolizji wymagano zachowania minimum 10-metrowych odstępów pomiędzy pociągami. Nie wolno było używać koni do stawiania na tory wykolejonych wagoników, a korzystać z lejców do kierowania koniem można było jedynie przy rabowaniu obudowy wyeksploatowanych wyrobisk. W wysokich i poziomych chodnikach przewozowych woźnica mógł jechać tylko w pierwszym wozie pustego pociągu, w innych przypadkach było to surowo zabronione. Wszelkie zaniedbania i odstępstwa podlegały dotkliwym karom pieniężnym, a po trzykrotnym przyłapaniu wydaleniem z pracy. Za ewentualne szkody wynikłe z łamania przepisów koniorz płacił sam, a w wiekach wcześniejszych groziła mu za to surowa kara cielesna.
Wagoniki pociągu mocnym łańcuchem przyczepiano do uprzęży i na umowny znak koń wolno ruszał z miejsca. Gdy dotarł z urobkiem pod szyb lub z pustymi wagonikami do filara albo przodka, koniorz odpinał go i ponownie zaprzęgał do składu powrotnego. Po kilkakrotnym pokonaniu tej samej drogi konie zapamiętywały trasę do tego stopnia, że w ciemnościach nieomylnie stawiały kopyta w wydeptane dołki pomiędzy drewnianymi podkładami szyn, a wyprzęgnięte po skończonej szychcie w plątaninie ciemnych chodników same wracały do stajni. Koniorz opiekował się koniem, zaś wozak formował zestawy wagoników pełnych albo pustych, ręcznie przeciskając je na odpowiednie tory. Zwykle jeden koń ciągnął pociąg składający się z 12-15 spiętych hakami wagoników, których sumaryczny ciężar wraz z urobkiem wynosił około 13 ton.
 
Koński instynkt
 
Z fachowych wyliczeń wynikało, że koń na dole był zdolny do stałego wysiłku 90 kG (kilogramów siły), podczas gdy człowiek tylko do 12 kG. Średnio w ciągu ośmiogodzinnej szychty koń wykonywał pracę 50 tonokilometrów użytecznych, ciągnął pociągi z przeciętną prędkością 1,2 m/sek i pokonywał około 30 km. Jeśli był doświadczony, to po brzęku i stuku haków potrafił wyczuć liczbę spiętych wózków, a gdy zestaw liczył chociażby o jeden wózek więcej, nie ruszał z miejsca. Intuicja nie pozwalała mu też ciągnąć ciężaru większego od jego możliwości i pracować w nadgodzinach. Nieznanym człowiekowi zmysłem konie wyczuwały czyhające niebezpieczeństwa i nigdy nie wchodziły w strefę zagrożonych wyrobisk. Górników, którzy o tym wiedzieli, nieraz chroniło to od nieszczęścia. Ten instynkt koni z czasem obrósł legendami, pisał o tym Gustaw Morcinek w książce "Łysek z pokładu Idy", starzy górnicy wspominali z nostalgią, a inni podchwytywali i przeinaczali.
Utrzymywanie koni było jednak bardzo kosztowne, co przekładało się na wzrost kosztów wydobycia. Kiedy na przykład 1784 roku hrabia Fryderyk Wilhelm von Reden reaktywował górnictwo w Tarnowskich Górach, w zalewanych wyrobiskach kopalni Fryderyk zainstalowano trzy kieraty konne napędzające pompy odwadniające. Aby zapewnić ich ciągłą pracę, kopalnia utrzymywać musiała aż 120 koni, co w ciągu roku kosztowało około 14 tysięcy talarów i równało się rocznym kosztom pracy wszystkich pracowników. Ostatecznie w 1787 roku zakład  zakupił  32-calową maszynę parową do napędu pomp i chociaż wydatek był spory (wynosił 15 tysięcy talarów), to w krótkim stosunkowo czasie nakłady się zwróciły.
 
Lata ciemności
 
Wraz z wprowadzaniem coraz nowocześniejszych urządzeń technicznych, jak silniki parowe, elektryczne, lokomotywy elektryczne, wydajne pompy odwadniające itp. konie zaczęto wycofywać z głębin. W 1913 roku w kopalni Donnesmarck w Chwałowicach pracowały jeszcze 33 konie. W radlińskiej Emmie konie przestały pracować w 1924 roku, a w kopalni Blücher w Jankowicach w okresie drugiej wojny światowej. W pierwszych dniach lipca 1935 roku w kopalni Reden w Dąbrowie 16 koni zginęło w wielkim pożarze na dole. Z głębszych poziomów kopalni Wieczorek konie wycofano w 1938 roku, a ostatni koń wyjechał na powierzchnię w 1960 roku. Ostateczne wycofywanie koni z podziemi nastąpiło na mocy specjalnego rozporządzenia z 1956 roku.
W ciągłym rygorze ciężkiej pracy pod ziemią konie dożywały około 10 lat, te, które stawały się niezdolne do dalszej eksploatacji przejmowały rzeźnie. Jednak jeszcze długo po wycofaniu koni dołowych z kopalni pojedyncze zwierzęta przebywały tam nadal, głównie jako atrakcja turystyczna. Najdłużej zwiedzających kopalnię soli w Wieliczce zabawiał koń imieniem Baśka. Od trzeciego do szesnastego roku życia, czyli przez trzynaście lat nie widział światła dziennego. Kiedy w 2002 rok wyjechał na powierzchnię, najpierw trafił do prywatnego gospodarstwa rolnego, gdzie stał się niezwykle agresywny.
 
Śmierć Baśki
 
Nie potrafił przystosować się do nowych warunków, nie umiał biegać, skubać trawy i okrutnie tęsknił za swym długoletnim opiekunem. Ostatecznie Baśka trafiła do placówki Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt w Krakowie, a następnie do schroniska w Jankowicach pod Pszczyną, gdzie po dwóch tygodniach od wyjazdu na powierzchnię zakończyła swój żywot.

 

 

 

Konie w liczbach
90 kG (kilogramów siły) – do takiego stałego wysiłku zdolny był koń dołowy. W przypadku człowieka było to 12 kG
13 ton – mniej więcej tyle ważył pociąg z urobkiem, jaki przychodziło ciągnąć każdemu koniowi. Skład liczył 12-15 spiętych wagoników
120 – tyle koni w latach 1784-1787 utrzymywała kopalnia Fryderyk do obracania kieratów napędzających pompy odwadniające w zalewanych wyrobiskach
1924 – w tym roku wyjechał ostatni koń w kopalni Emma w Radlinie.

 


 

Komentarze

  • hanys terazniejsze woły 05 grudnia 2014 12:07a teraz my jestesmy wołami roboczymi,harujemy za tz.miske ryzu! czeste nadgodziny,i stresy.panstwo nas ma gdzies!!! jestesmy tansi niz te konie.kon z brudnego sie nie napil,a dzis ludzie to i z brudnej reki potrafia jesc byle sie sprzedac!!! czlowiek niestety upadl nizej niz zwierzeta!

Dodaj komentarz