post image
Potyczka na granicy. Rycina / Archiwum

 

Dziś policja rzadko używa broni, a jeśli już do tego dojdzie, wszczynanie jest postępowanie. Aż trudno uwierzyć, że w okresie międzywojennym funkcjonariusze strzelali do ludzi z byle powodu i nie musieli się z tego tłumaczyć!

 

W okresie międzywojennym funkcjonariusze służb chroniących prawo w Polsce nader często i chętnie używali broni palnej. Do ludzi bez skrupułów strzelała policja, straże przemysłowe, konwojenci pociągów i leśnicy, w największym jednak stopniu z okrutnego prawa do zabijania korzystała Śląska Straż Graniczna. Funkcjonariusze tej formacji nie mieli litości, strzelali do dzieci, kobiet i mężczyzn, kładli trupem lub ranili przemytników, którzy na ich widok porzucali szmuglowany towar i próbowali ratować się ucieczką. Przerażają relacje prasowe, które z detalami opisują przelot kuli przez zmasakrowane ciało leżące na zakrwawionym i zbryzganym mózgiem nieszczęśnika worku z kilkoma kilogramami pomarańcz, torebką pieprzu, kamieniami do zapalniczek, tytoniem i itd.

 

Apele o opamiętanie

 

Zabicie człowieka w każdym uczciwym sercu musi wzbudzać niepokój i wewnętrzny protest, życie ludzkie jest bowiem najcenniejszym skarbem i nie można nim lekkomyślnie szafować. W latach 20. i 30. XX wieku strzelanie do ludzi łamiących prawo stało się w Polsce zjawiskiem nagminnym, dlatego też w imię praw człowieka potępiano tę metodę uwalniania społeczeństwa od przestępców. Za pośrednictwem prasy zwracano się do władz zwierzchnich wszystkich paramilitarnych formacji o opamiętanie i pouczenie swych podwładnych, że używanie broni winno następować dopiero wówczas, gdy urzędnik czy funkcjonariusz czuje się bezpośrednio zagrożony.

Domagano się, aby każde użycie broni było szczegółowo zbadane, a sprawę rozpatrywał sąd, który dopiero mógłby orzec, czy użycie broni było rzeczywiście uzasadnione i konieczne. Apelowano też do odpowiednich komórek administracji państwowej, aby na odpowiedzialne stanowiska funkcjonariuszy czuwających nad przestrzeganiem prawa i bezpieczeństwem obywateli zatrudniać ludzi o odpowiednich predyspozycjach, nieskazitelnej moralności i dobrych warunkach fizycznych, którzy dadzą sobie radę z przestępcami bez użycia broni. Przypominano przy tym, że zasady takie obowiązują w innych państwach i tak powinno być również w Polsce.


Nadgorliwcy i sadyści

 

Tak jednak nie było. Przyczyniało się do tego wiele czynników natury personalnej, organizacyjnej i prawnej. Prócz ludzi wartościowych i odpowiedzialnych w skład śląskich służb porządkowych wchodziły również osoby o nieodpowiednich cechach, niezbyt rozgarnięci, często o wypaczonych charakterach, którzy w obcym i wrogim sobie środowisku w sytuacjach ekstremalnych zachowywali się nieprzewidywalnie. Strachliwi w obliczu jakiegokolwiek poczucia zagrożenia po prostu strzelali, inni o usposobieniach służebnych swą nadgorliwością starali się osiągać jak najlepsze wyniki pracy i wiążące się z tym wysokie nagrody.

Najbardziej bezwzględni byli jednak osobnicy wypaczeni, którzy na mocy danych im uprawnień w zabijaniu znajdowali drogę do zaspokajania swego wygórowanego ego i sadystycznych skłonności. Miało to potwierdzenie w częstych przypadkach zastrzelenia lub postrzelenia ściganego przemytnika już na terytorium obcego państwa, gdzie szukał on ratunku i gdzie zgodnie z prawem międzynarodowym polscy funkcjonariusze straży granicznej nie mogli interweniować. W tych wcale nieodosobnionych przypadkach, aby uniknąć reperkusji sąsiedniego państwa, uciekano się zazwyczaj do pokrętnych zaznań funkcjonariuszy, jakoby postrzelonego na drugą stronę granicy przenieśli jego wspólnicy.

 

Kryminogenne przepisy

 

Na tak okrutne postępowanie pozwalały obowiązujące przepisy, które wielu funkcjonariuszom powołanym do egzekwowania prawa dawały poczucie bezkarności w razie użycia broni służbowej. Niemal w każdym komunikacie prasowym o zabitych lub rannych przestępcach powtarzana była ta sama formułka, że po wezwaniu do zatrzymania i oddaniu strzałów ostrzegawczych funkcjonariusz (policjant, leśniczy, strażnik graniczny czy przemysłowy) zmuszony był użyć broni. Nikt zazwyczaj nie mógł potwierdzić zeznań przedstawiciela prawa, gdyż świadków nie było, a ofiara najczęściej nie żyła, albo walczyła o życie w szpitalu.

Te niehumanitarne zachowania stróżów prawa w dużym stopniu generowały ustawy i przepisy mijające się ze zdrowym rozsądkiem. Tak na przykład za odebranie przemytnikowi jednego kilograma sacharyny o wartości rynkowej 29 złotych strażnik graniczny otrzymywał nagrodę w wysokości 50 złotych. Możliwość zdobycia tak wysokich premii skłaniała wielu policjantów i strażników granicznych do licznych przekrętów i oszustw. W listopadzie 1932 roku głośna była sprawa nadużyć w walce z przemytnictwem, których dopuszczali się funkcjonariusze straży granicznej.

 

Korupcja pograniczników

 

Za umorzenie spraw przestępczych zmuszali oni znanych sobie szmuglerów do przemytu z Niemiec większych partii sacharyny, którą przechowywano w ustalanych przez obie strony miejscach. Następnie szantażowany szmugler za niewielką opłatą werbował bezrobotnego do przeniesienie paczek z kontrabandą w inne miejsce i kiedy niczego nie podejrzewający najęty kurier przenosił trefny towar, do akcji wkraczali funkcjonariusze. W ten sposób rosły słupki statystyczne ukazujące sukcesy w walce z przestępczością, za zajętą sacharynę funkcjonariusze otrzymywali wysokie nagrody, a wrobiony bezrobotny trafiał do więzienia, pozostawiając niejednokrotnie wieloosobową rodzinę bez środków do życia.

 

 

 

Funkcjonariusze strzelali do ludzi jak do zwierzyny
Pokłosie przepisów uprawniających funkcjonariuszy do zabijania najbardziej wymownie zobrazują nam wybrane zdarzenia odnotowane z ówczesnej codziennej prasy:
W listopadzie 1929 roku na odcinku granicznym Szczygłowice – Nieborowice strażnik Paweł P. zastrzelił przemytnika Wincentego P. z Leszczyn powiat Rybnik, przy którym znaleziono rodzynki.
W listopadzie 1931 roku strażnik graniczny zastrzelił z rewolweru Józefa M. i ciężko ranił 19-letniego Stanisława M., obaj z Gołkowic, którzy przez zieloną granicę wracali na rowerach do domu z letnich robót w Niemczech.
W październiku 1929 roku strażnicy zastrzelili na zielonej granicy 20-letniego Piotra D. z Jęzora, przy którym znaleziono przemycane rodzynki i cygara.
W lipcu 1931 roku w Łagiewnikach straż graniczna zastrzeliła przemytnika Roberta T. z Królewskiej Huty. Kula z karabinu przebiła mu okolice serca.
W październiku 1931 roku na zielonej granicy w Kokotku strażnik zastrzelił 21-letniego Henryka O. z Konopisk. Kula z karabinowa przeszyła mu prawą łopatkę i przeszła przez pierś.
W styczniu 1932 roku na zwałach kopalni Hillebrandt w Nowej Wsi strażnik przemysłowy zastrzelił 29-letniego Emila Z. z Nowej Wsi, który zbierał węgiel odpadowy. Zabity osierocił ciężarną żonę i dwoje dzieci.
W lutym 1932 roku na zielonej granicy w pobliżu Radzionkowa strażnicy otwarli ogień z karabinów do grupy przemytników i zastrzelili Józefa D. z Bobrownik, pozostałym udało się zbiec na teren Niemiec.
W październiku 1932 roku w zagajniku pod Radzionkowem leśniczy zastrzelił 21-letniego Wilhelma P. z Radzionkowa, którego przyłapał na kłusownictwie.
W październiku 1932 roku leśniczy Józef B. z Bełku bez powodu najpierw pobił dwóch napotkanych w lesie ludzi, a kiedy zaczęli uciekać, postrzelił ich z dubeltówki. Poszkodowanymi byli bracia K. z Rydułtów, którzy szli szukać pracy.
W grudniu 1932 roku w trakcie interwencji policji w mieszkaniu na Wełnowcu został zastrzelony 25-letni górnik Franciszek Syska. Dwaj policjanci oddali do niego w sumie 10 strzałów z rewolwerów.
W kwietniu 1935 roku przy kopalni w Mysłowicach stróż kolejowy zastrzelił 29-letniego Karola K. z Zagórza, który wraz z kompanami kradł węgiel, zrzucając go z wagonów.
W maju 1935 roku niemiecki patrol graniczny w rejonie Zborowska zastrzelił jednego z przemytników, którzy usiłowali przeszmuglować z Polski siedem żywych świń.
W maju 1935 roku na zielonej granicy w Łagiewniku strażnik zastrzelił 19-letniego Henryka Ż.. Kula przeszyła mu plecy w okolicy lewej łopatki i przeszła na wylot przez klatkę piersiową i okolicę serca.
W czerwcu 1935 roku funkcjonariusz graniczny przeprowadzający rewizję w mieszkaniu Karola P. w Pawłowie zaczął strzelać za ratującym się ucieczką gospodarzem. Kula trafiła go w klatkę piersiową i przeszła przez płuco. Rannego w ciężkim stanie przewieziono do szpitala.
25 sierpnia 1935 roku na terenie huty Florentyna straż przemysłowa zastrzeliła 22-letniego Herberta C. z Chropaczowa. Zabity został trafiony dwoma kulami w głowę, z której obficie sączyła się krew i wyciekał mózg.
W listopada 1935 roku niemiecki strażnik graniczny strzelił w plecy 29-letniemu Franciszkowi O. kładąc go trupem na miejscu. Zabity wraz z pięcioma kolegami przemycali słoninę i tłuszcze z Polski.
W maju 1936 roku podczas nielegalnego przekraczania granicy z Niemcami został zastrzelony Paweł B. z Pawłowa.
W czerwcu 1936 roku strażnik z placówki w Pawłowie ciężko ranił strzałem z karabinu Huberta Tomika przekradającego się przez zieloną granicę. Kiedy kilkanaście minut później furmanką odwoził go do szpitala, natknął się na grupę mężczyzn, którzy na jego widok rzucili się do ucieczki. Nadgorliwy strażnik ponownie użył broni i ranił ciężko Maksymiliana F. z Chropaczowa. Dalszą drogę odbył już spokojne z dwiema konającymi ofiarami.
W czerwcu 1936 roku na zielonej granicy w rejonie dworca w Piekarach Ślaskich pomiędzy strażnikiem Antonim R. z Piekar i przemytnikiem Aleksandrem K. z Bytomia doszło do strzelaniny, w której obaj wzajemnie się pozabijali.
W lipcu 1936 roku po niemieckiej stronie granicy w Pawłowie ciężko postrzelony został 16-letni Paweł Tkocz, który przemycał do Niemiec słoninę. Ranny zdołał zbiec do Polski, gdzie padł nieprzytomny i przewieziony został do szpitala w Nowej Wsi.
W lipcu 1936 roku Sąd Okręgowy w Rybniku skazał Józefa Z. z Ochojca na 5 miesięcy więzienia z zawieszeniem na 4 lata za to, że w czasie rewizji jego mieszkania rzucił się na strażników granicznych z siekierą.
W wrześniu 1936 roku w Moszczenicy w powiecie rybnickim podczas rewizji mieszkania podejrzanych o przemyt wywiązała się walka, w której zaatakowani strażnicy graniczni B. i N. użyli broni. Przebywający w mieszkaniu Wilhelm S. został pchnięty bagnetem w okolicę pachwiny, zaś Franciszek G. został postrzelony w kolano i otrzymał dwa pchnięcia bagnetem w plecy. Ciężko rannych umieszczono w szpitalu.
W listopadzie 1936 roku strażnik graniczny placówki Orzegów zastrzelił na zielonej granicy 29-letniego Karola W. z Lipin. Kula roztrzaskała lewe biodro i wydostała się brzuchem.

 

 

Komentarze

  • Żorzanka Krzywdząca opiniaNa wstępie chcę zaznaczyć, że bardzo cenię autora artykuły, bo jest rzeczowy, choć w tym przypadku odczuwam brak relacji tzw. "drugiej strony" czyli owych "urzędników". Oszołomów i nadgorliwców nigdy nie brakowało, ale takie jednostronne informacje już kiedyś zrobiły dużo krzywdy ludziom uczciwym. W naszej okolicy każdy bez wyjątku leśnik uchodził za mordercę i przypisywano mu niesamowite ilości zabitych kłusowników, gdyby to była prawda, to całe wsie musiałyby się wyludnić, a kto by wtedy pracował "na pańskim"? Twierdzenie, że nie było dochodzenia w przypadku postrzelenia czy zastrzelenia nie jest do końca prawdziwe. Miejscowych leśników nie dopuszczano bezpośrednio do obław na kłusowników, bo przecież mogli być z nimi w zmowie, od tego byli inni np. z zarządu. Państwo polskie było wówczas młode i musiało się bronić restrykcyjnymi przepisami, gros wyższych urzędników to Polacy, sędziowie - również, więc sądy patrzyły na pewne uchybienia czy wykroczenia przez palce, bo wiadomo, że pies psu oka nie wygryzie! Co innego jak trzeba było osądzić Ślązaka lub co gorsza Niemca, takiemu trzeba było pokazać, gdzie jest jego miejsce! Znam to wszystko z opowieści rodzinnych: to jest temat rzeka! Co do pogranicza, też służę autentycznym przykładem: Moi dalecy krewni mieszkali w Rudzie(obecnie Śląskiej) a drudzy w Zabrzu (Hindenburg) i szukali w miarę bezpiecznego sposobu przemytu(część ludzie robiła to z chęci zysku, a nie z biedy, jak się często sugeruje) i wymyślili! Wstąpili do straży pożarnej. Istniała niepisana umowa, że w przypadku pożaru "zagraniczna" konna "sikawka" przepuszczana była bez kontroli, choć w środku oprócz wody była kontrabanda, więc bardzo często po obu stronach wybuchały "pożary". Nie sądzę, aby to były tylko przechwałki, a strażnicy po obu stronach granicy też chyba coś z tego mieli, bo udawali ślepych i głuchych. Sami mieszkańcy pogranicza, też nie byli do końca zdecydowani, po której ze stron się opowiedzą, więc sprawa była bardziej skomplikowana niż się wydaje.
  • Stanik z Rybnika Mordercy ŚląsakówNie tylko przemytnicy , robotnicy powracający przez zielono ( lasami) z wyplatami do Rodzin, na nich były robione polowania przez ludzi Grarzynskiego sprowadzane z Małopolski kryminalisci,robotnicy byli okradani do golego a kto próbował uciec był zastrzelony okradziony i wrzucony do Nacyny /Rudy albo przeniesiony przez zielono do Niemiec.
  • kris Stanik mosz recht.Polokow bolało co Slonzoki chodzili do Niymiec do roboty bo we Polsce było jak zowdy bezrobocie i biydaszyby.Bez to kozali szczylac do robotnikow kierzy chodzili za chlebym do Niymiec.

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.