post image
Leśnicy / Archiwum

 

Arystokracja polowała wystawnie i w blasku fleszy. Nędzarze kłusowali lub kradli leśne skarby najczęściej pod osłoną nocy i nieraz płacili za to życiem. Podobnie zresztą jak funkcjonariusze służby ochrony lasów!

 

W trudnych latach kryzysów i niedostatku rozgorzała w przedwojennej Polsce krwawa walka stróżów prawa z kłusownikami i rabusiami leśnymi. Liczne ofiary były po obu stronach – leśnicy, gajowi i strażnicy leśni bez skrupułów strzelali do rabusiów, ci strzelali do nich. Dochodziło do wielu tragedii, często kula leśniczego zabijała niewinnego grzybiarza, zbieracza runa leśnego albo pracownika lasów. Niejeden nadgorliwy funkcjonariusz służby leśnej stawał się ofiarą krwawej wendety – jednego ciężko pobito, innego skryty strzał pozbawiał życia. W tym bezpardonowym konflikcie po jednej stronie stało prawo, po drugiej ludzka potrzeba przetrwania.

 

Państwowi i prywatni

 

Ogólna powierzchnia lasów śląskich wynosiła wtedy 143 498 ha. Na tę powierzchnię składało się 9 696 ha (7 procent) lasów państwowych, 2 786 ha (2 procent) lasów samorządowych, kościelnych oraz innych i aż 113 139 ha (79 procent) lasów prywatnych. Dlatego też większość przypadków kłusownictwa i innych przestępstw miało miejsce na terenach prywatnych, co zmuszało właścicieli do powoływania własnych służb dla ochrony swych dóbr. W ten sposób prócz  funkcjonariuszy Lasów Państwowych istniała w Polsce międzywojennej dobrze zorganizowana grupa fachowców i strażników leśnych zrzeszonych w Sekcji Leśników Prywatnych Związku Leśników Polskich.

W terenie państwowi i prywatni funkcjonariusze służb leśnych rozpoznawalni byli po odmiennych mundurach, jednak ich obowiązki i zadania były zbieżne. Tak jedni, jak i drudzy odpowiadali za racjonalną gospodarkę zasobami leśnymi oraz za ich ochronę przed złodziejami drewna, kłusownikami zwierzyny łownej, ryb hodowlanych i zbieraczy ptasich jaj.

 

Paści i wnyki

 

Kłusownictwo było trudnym i niebezpiecznym procederem, którym najczęściej zajmowali się ludzie z "żyłką" łowiecką mieszkający w pobliżu lasów, pól i stawów. Arsenał narzędzi służący do zabijania dzikiej zwierzyny był przemyślny i skuteczny. Domowym sposobem stare karabiny pamiętające jeszcze czasy pierwszej wojny światowej i powstań przerabiano na sztucery lub obrzyny, używano zabytkowych i nowoczesnych fuzji myśliwskich, a nawet pistoletów i rewolwerów. Śmiertelnym narzędziem stawały się także łuki, proce, laski, kostury, metalowe rurki i zwykłe kamienie.

Najokrutniejsze dla zwierzyny były jednak przeróżne wnyki, sidła, paści, zatrzaski i worki. Sposoby nielegalnych polowań były różne. Na ptactwo wybierali się kłusownicy najczęściej nocami. Światłem oślepiali siedzące na drzewach kuropatwy, bażanty albo głuszce, a potem przeszywali ptaki ostrym drągiem lub celnym strzałem. By nie alarmować straży leśnej i zbytnio nie płoszyć zwierzyny,  używali spreparowanych nabojów o mniejszej sile wybuchowej i hukowej.

 

Podeszli wszystko

 

Doświadczeni rabusie byli w stanie podejść i upolować wszystko. W zimie podjeżdżali furami lub saniami konnymi pod stada dzików, saren, bażantów albo kuropatw, które wabione karmą w te same miejsca, żerowały, nie okazując lęku. Wiosną i jesienią najczęściej polowali na śpiące zające, które nie wyczuwały posuwających się pod wiatr ludzi, przez co masowo ginęły pod ciosami laski, kostura czy pałki. W okresie wiosennych i letnich lęgów opłacalnym zajęciem było zbieractwo ptasich jaj, szczególnie bażancich.

Pod osłoną nocy w stawach rybnych kłusownicy zarzucali przydenne sieci, haczyki z przynętą i różne pułapki improwizowanej konstrukcji, a nierzadko spuszczali wodę z całych akwenów, co skutkowało nieobliczalnymi stratami. Po zapadnięciu zmroku złodziejskie szajki pełnymi furmankami wywoziły drewno budulcowe i opałowe dla potrzeb własnych i na sprzedaż.

 

Leśny front

 

Walka leśniczych, gajowych, straży leśnej i policji z kłusownikami była okrutna i krwawa. Obie strony konfliktu były dobrze uzbrojone i nie wahały się użyć broni. Leśni rabusie przyłapani na kłusownictwie czy kradzieży drzewa ratowali się zwykle ucieczką w głuszę albo podejmowali walkę z użyciem broni palnej, co dla obu stron nieraz kończyło się tragicznie. Kłusownicy i rabusie najczęściej pochodzili z tej samej okolicy, znali więc dokładnie topografię terenów swej przestępczej działalności, wszelkie zakątki i ostoje, gdzie czuli się pewnie i bezpiecznie.

Leśnicy i strażnicy również jednak znali swe rewiry, organizowali zasadzki przy znalezionych wnykach, wabiących zwierzynę paśnikach, gdzie prędzej czy później zjawiali się kłusownicy. Nieuchronne doprowadzało to do konfrontacji, najczęściej kończących się rozlewem krwi. Zdobyte w nielegalny sposób mięso w większości służyły rodzinom kłusowników, zaś nadwyżki sprzedawano – często pokątnie na bazarach, więc taniej. Ze względu na częste rewizje u podejrzanych osób kłusownicy starali się jak najprędzej zacierać ślady przestępstwa, więc mięso zjadali, sprzedawali, pozbywali się skór, poroży, kości, czy piór ptactwa łownego, a broń palną ukrywali w lesie.

 

 Równi i równiejsi

 

Na tle tych okrutnych zmagań prawa z bezprawiem, których stawką było życie i zdrowie, jak na ironię gazety często informowały społeczeństwo o wielkich łowach śląskiej arystokracji. Tak na przykład z początkiem listopada 1937 hrabia Jan Larysz urządził reprezentacyjne polowanie na terenach swych dóbr w Łaziskach Rybnickich i Gorzyczkach. Zaproszeni z całej Europy magnaci zdołali upolować 2 445 sztuk zwierzyny, w tym 184 zajęcy, 878 królików, 1 372 bażantów i 11 słonek. Te same gazety codzienna publikowały przerażające komunikaty z frontu leśnych potyczek funkcjonariuszy ochrony lasów z kłusownikami i rabusiami, w których po obu stronach były ofiary.

 

 

 

Prasowe doniesienia z frontu walki służb ochrony lasów z kłusownikami i zlodziejami

 

We wrześniu 1929 roku w lesie krywałdzkim zastrzelona została przez leśniczego Franciszka N. ze Szczygłowic pracownica leśna 19-letnia Klara W. Ponieważ było wtedy mglisto, a leśniczy nie mógł przypuszczać, że robotnice rozpoczną pracę tak wcześnie, sąd w Rybniku go uniewinnił.

19 października 1929 roku w lesie pod Mysłowicami 18-letni kłusownik Jan F. dokonał zabójstwa dzierżawcy strefy polowań Patalonga.

19 grudnia 1929 roku na polach pod Ruptawą leśniczy Józef L. i praktykant leśniczy Kurt P. natknęli się na kłusownika Alojzego C. z Ruptawy, który wymierzył w leśniczych z dubeltówki. Lesniczy P. był jednak szybszy i postrzelił z dubeltówki kłusownika w głowę.

27 maja 1930 roku w lesie przyszowickim w powiecie w rybnickim leśniczy Gerard Ł. postrzelił z fuzji 20-letniego Alfreda W. Według leśniczego postrzelony wraz z trzema innymi osobnikami nie posłuchali wezwania do opuszczenia lasu, wobec czego ten użył broni.

21 lutego 1932 roku w miejscowości Morgi koło Brzezinki nieznany kłusownik ciężko postrzelił 28-letniego gajowego Henryka M.

W maju 1932 roku w lasach koło Grodźca dwunastu kłusowników bażancich pobiło do nieprzytomności dwóch gajowych.

W październiku 1932 roku w lasie pod Sączowem doszło do krwawej walki pomiędzy złodziejami drzewa, a gajowym Janem N., który użył rewolweru i zastrzelił 31-letniego Bolesława P.

W grudniu 1932 roku w lesie pod Brzezinką w powiecie gliwickim zastrzelony i obrabowany został przez kłusowników 51-letni leśniczy Józef M., zastrzelony też został jego pies.

8 stycznia 1935 roku w lesie koło Gorzyczek praktykant leśny Gerhard K. ciężko postrzelił 26-letniego Juliusza S. oraz jego kompana Wilhelma R.

18 stycznia 1935 roku leśniczy Wilhelm P. doniósł na posterunek policji w Czerwionce, że w ornontowickim lesie nieznany sprawca zabił sarnę. Podejrzenie padło na mieszkańca Dębieńska, u którego znaleziono mięso z trzech ubitych zajęcy, fuzję myśliwską, kilkanaście naboi, skórę z sarny i trzy pary rogów jelenich.

18 stycznia 1935 roku leśniczy Stanisław D. i leśniczy Henryk P. donieśli na posterunek policji w Czerwionce, że nieznani sprawcy od dłuższego czasu kradną drzewo z lasów w Dębieńsku Starym. Śledztwo doprowadziło do ujęcia całej dziewięcioosobowej szajki złodziei na gorącym uczynku.

19 marca 1935 roku w lesie koło Wodzisławia leśniczy Jan R. w zamiarze dokarmienia bażantów udał się do zagajnika, gdzie pozakładane były przez leśnictwo samostrzały dla ochrony przed kłusownikami. Przez własną nieostrożność leśniczy nastąpił na drut połączony z samostrzałem, który wypalił wprost w jego nogi.

19 września 1935 roku strażnik polny Franciszek J. w zagajniku obok dworu w Chudowie spotkał dwóch kłusowników, 20-letniego Jana B. i 18-letniego Teodora P. Na jego widok obaj rzucili się do ucieczki, wtedy on oddał dwa strzały i ciężko ranił uciekającego Jana B.

12 listopada 1935 roku leśniczy z Baranowic Paweł H. ciężko postrzelił przyłapanego na kłusownictwie Stanisława L., który nie odzyskawszy przytomności, zmarł w szpitalu w Żorach.

6 grudnia 1936 roku Jan K. i Józef G. na własnych terenach łowieckich w Krzyszkowicach nakryli kłusowników. Podczas pościgu Jan K. ciężko postrzelił jednego z uciekających rabusiów.

22 lutego 1937 roku leśniczy Augustyn R. z Makoszów zawiadomił policję, że jego pomocnik Ewald H. oddał w kierunku trzech uciekających osobników strzały z dubeltówki i ciężko ranił 28-letniego kłusownika. Dwóch pozostałych w wieku 25 i 26 lat ujęła policja.

5 marca 1937 roku policjanci z Knurowa przeprowadzili rewizję w domu Jerzego M. Znaleziono i zajęto lufę floweru, bagnet wojskowy niemiecki, sztylet, pałkę gumową, trzy zatrzaski i przyrządy wnykarskie. Dochodzenie wykazało, że Jerzy M. uprawiał kłusownictwo wraz z bratem Alfredem.

 

2445 – tyle sztuk sztuk zwierzyny, w tym 184 zajęcy, 878 królików, 1 372 bażantów i 11 słonek upolowali magnaci, których z całej Europy zaprosił hrabia Jan Larysz na łowy na terenie swoich dóbr w Łaziskach i Gorzyczkach. Napisały o tym wszystkie gazety, które skwapliwie donosiły też o ofiarach walki z kłusownictwem

 

Komentarze

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.