post image
Jan III Sobieski witany przez mieszkańcw Gliwic. Rycina

 

Monarchę wszędzie witano z honorami, koszty przemarszu były jednak ogromne, a spadły gównie na biednych wieśniaków.

 

Mija 333. rocznica przemarszu przez Górny Śląsk wojsk polskich pod wodzą króla Jana III Sobieskiego (1629-1696, monarcha od 1674), który podążał na odsiecz Wiedniowi, obleganemu przez Turków. Główny korpus armii z władcą na czele wyruszył z Krakowa 15 sierpnia 1683 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Królowi towarzyszyła jego małżonka, królowa Marysieńka (1641-1716) oraz szesnastoletni syn Jakub Ludwik (1667-1737). 20 sierpnia rano orszak i żołnierze przekroczyli granicę państwową pod Będzinem i wjechali na Górny Śląsk.

 

Dygnitarze i żołnierze

 

Radośnie witały ich tłumy ludzi i bicie kościelnych dzwonów. Królewska rodzina podróżowała w wielkiej karocy zaprzęgniętej w trzy pary bułanych rumaków, w otoczeniu licznej świty. Przed karetą na ustrojonych koniach jechała chorągiew husarska, za którą podążały dwie chorągwie Jego Królewskiej Mości. Główny korpus wojsk, pod wodzą księcia Stanisława Jabłonowskiego (1634-1702), skierował się w stronę rozległych pól koło Gliwic i rozłożył się tam obozem. Oblicza się, że na Śląsk wjechało wtedy około 50 tysięcy ludzi, w tym wojsk regularnych nie było nawet 20 tysięcy, resztę stanowiły orszaki króla, senatorów, dygnitarzy i wielka liczba czeladzi i ciurów obozowych.

Król w otoczeniu gwardii przybocznej podążył drogą w kierunku Bytomia, Piekar i Tarnowskich Gór, którą wcześniej wysłano 20 chorągwi husarskich. W Bytomiu król zatrzymał się na rynku, skąd wraz z dworem udał się w pieszą pielgrzymkę do cudownego obrazu Matki Boskiej Piekarskiej, przed którym błagał o wstawiennictwo i pomoc w oczekującej go walce. Jeszcze tego samego dnia wyruszył do Tarnowskich Gór, gdzie reprezentanci wszystkich stanów serdecznie go powitali i złożyli mu hołd. Tu też pożegnał się z żoną Marysieńką, która udała się w drogę powrotną do Krakowa, pozostawiając królewicza Jakuba Ludwika u boku ojca.

 

Sąd na dobranoc

 

Wieczorem Sobieski w swym namiocie polowym przyjmował jeszcze dowódców, którzy składali mu raporty. Następnie osądzał wykroczenia i przestępstwa w szeregach wojska i skazał czterech żołnierzy na śmierć przez powieszenie za rabunki w trakcie marszu. Wyrok niezwłocznie wykonano w Tarnowskich Górach. W sobotę 21 sierpnia już o brzasku wyruszył król i cała jego świta w stronę Gliwic. Mieszkańcy na przywitanie przystroili swe miasto zielenią i kwiatami, a nad główną bramą miejską umieszczono transparent w kształcie łuku z napisem: "Witaj nam, witaj! Obrońco nasz Miłościwy!" Drogę usłano drogocennymi kobiercami, po obu jej stronach cechy miejskie z chorągwiami uformowały szpaler, a obok dziewice z rodów szlacheckich w białych szatach czekały z kwiatami.

Do miejsca powitania pierwszy na spienionym koniu dotarł giermek z tarczą królewską na ramieniu. Tuż za nim przybyła chorągiew husarzy drugiego syna władcy, Aleksandra Benedykta Sobieskiego (1677-1714), którą przyprowadził porucznik Zygmunt Zwierzchowski. Król podróżował w karocy zaprzężonej w trzy pary tureckich bułanków, przed którą jechał konno chorąży z proporcem i godłem królewskim. Za nimi konno jechała cała świta, następnie dwie roty przybocznej gwardii, wielu rycerzy polskich i panów śląskich z namiestnikiem hrabią Franciszkiem Euzebiuszem Oppersdorffem (1623-1691) na czele. Nagle zagrzmiały armaty i odezwały się dzwony kościelne, którym zawtórowały huczne wiwaty tłumów. Król był tak mile zaskoczony powitaniem, że dosiadł rumaka i rozpoczął przegląd wojska. Na koniec odebrał defiladę wojska i siedząc na koniu, błogosławił żołnierzy relikwią Krzyża Świętego, którą stale nosił na piersi.

 

Gościna w klasztorze

 

Po prezentacji wojsk król Sobieski w otoczeniu świty piechotą udał się pod Bramę Bytomską, za którą wznosił się przygotowany na tę okazję ołtarzyk z wizerunkiem Matki Boskiej. Król ukląkł u jego stopni i ucałował krzyż podany mu przez proboszcza księdza kanonika Jana Ludwika Sendecjusza. Stamtąd orszak udał się do kościoła pw. Wszystkich Świętych, aby uczestniczyć w adoracji błagalnej do Przenajświętszego Sakramentu o obronę chrześcijaństwa zagrożonego inwazją islamskich wojsk tureckich, którą zalecił odprawiać Ojciec Święty Innocenty XI (papież 1676-1689). Po adoracji król Sobieski, jego świta oraz przedstawiciele miasta i ziemi górnośląskiej pojechali do klasztoru franciszkańskiego, gdzie król zjadł obiad z własnej kuchni polowej, po czym udał się na spoczynek.

Dwór królewski przebywał u franciszkanów dwa dni. Na prośbę zakonników zasadził król 14 drzewek lipowych w obrębie przyklasztornym, z których dwa pierwsze poświęcono pamięci króla i królewicza, pozostałe nazwano imionami dwunastu ówczesnych ojców zakonnych. Stąd zapewne wzięły się liczne przekazy, że król w drodze pod Wiedeń zasadzał pamiątkowe lipy i dęby. Późnym już popołudniem po nieszporach wszystkie chorągwie były gotowe do wymarszu przy drodze do Rud. Na znak króla pułki ruszyły z kopyta sznurem, jak zawsze poprzedzane przez giermka z tarczą królewską na ramieniu. Król podróżował w powozie w towarzystwie Marka Matczyńskiego oraz przeora z Rud ojca Bernarda Lorenza Czernka, który reprezentował chorego opata Józefa (Joseph Franz Hereng, opat 1679-1696).

 

Franciszkanie i cystersi

 

W połowie drogi z Gliwic do Rud leżała rycerska posiadłość Sośnicowice, należąca wówczas do sędziwego już hrabiego Jana Kozłowskiego. Młodość tego człowieka upłynęła na walkach z Turkami, w efekcie był bez nogi, bez nosa, bez jednego ucha, miał tylko jedno oko i liczne blizny. Stał podpierając się szczudłem w otoczeniu krewnych i poddanych przed swoją rezydencją, by złożyć hołd królowi. Kiedy wreszcie się go doczekał, wzruszony upuścił szczudło, padł na kolana przed monarchą, który nawiązał z nim serdeczną rozmowę. Kiedy orszak wjechał w lasy opactwa rudzkiego, na gościńcu powitał go cały konwent cystersów rudzkich, wraz z liczną grupą wychowanków klasztornej szkoły ludowej.

Na ich czele kroczył młodzian z wielką chorągwią amarantową z godłem państwa polskiego na jednej i wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej na drugiej stronie. Po przybyciu do opactwa król w otoczeniu zakonników udał się do kościoła pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, ukląkł przed głównym ołtarzem z wizerunkiem Matki Boskiej i gorąco się modlił. Na koniec krótkiego nabożeństwa monarchę, jego świtę i wszystkich obecnych w świątyni opat Józef pobłogosławił Przenajświętszym Sakramentem, a następnie zaproszono dostojnych gości na wieczorny posiłek i nocleg w pokojach klasztornych. Wojsko królewskie nocowało w obozach założonych w okolicznych lasach.

 

Kłopoty i koszty

 

Ta zaszczytna wizyta przysporzyła klasztorowi kłopotów i kosztów. Wojsko potrzebowało mnóstwo prowiantu dla siebie i paszy dla koni, które już na długo przed przemarszem bez litości rekwirowano od biednych wieśniaków. Z obawy przed słabo zdyscyplinowanym wojskiem polskim cystersi cenne przedmioty, kosztowności i pieniądze ukryli w beczkach po soli i wywieźli do Brzegu, gdzie zdeponowali je u przeora klasztoru w Czarnowąsach. Olbrzymie koszty kwaterunku króla i wojsk rozłożono na wszystkich poddanych opactwa. Chłopi otrzymali jednak pewne rekompensaty za poniesione wówczas straty, które 6 czerwca 1684 roku wypłacono im w gotówce.

23 sierpnia król Jan Sobieski przybył do Raciborza, gdzie gościł na zamku hrabiego Franciszka Euzebiusza Oppersdorffa (1623-1691), namiestnika księstwa raciborsko-opolskiego i starosty ziemskiego na Górnym Śląsku. Jak później odnotował królewicz Jakub, hrabia Oppesdorff wraz z żoną, trzema córkami i krewnymi "suto" przyjmowali gości. Z kolei Sobieski w liście do Marysieńki wspomniał, że panowie przysłali dla ich ugoszczenia jeleni, danieli i bażantów. Inne koszty związane z przyjęciem Sobieskiego w Raciborzu pokrył cesarz niemiecki Leopold I (1640-1705, cesarz od 1658). Po obiedzie król wraz z całym dworem i przyboczną gwardią wyjechał na milę (ok.7,5 km) od Raciborza, zaś główny korpus wojsk o godzinie drugiej w nocy rozpoczął przemarsz przez most na Odrze.

 

Pożegnanie z Raciborzem

 

Trwał on aż do godziny ósmej wieczorem. Nazajutrz przez most przeszło 5 pułków piechoty, a tydzień później ośmiotysięczna armia wojska litewskiego. Pojawili się husarzy ubrani w wilcze kożuchy odwrócone surową skórą na zewnątrz, uzbrojeni w dzidy, pistolety, rusznice i szable. Nie mniej malowniczo prezentowało się ponad 5 tysięcy Armeńczyków w długich czerwonych serdakach bez rękawów i długich spodniach, uzbrojonych jedynie w muszkiety i siekierki. 12 września 1683 roku Jan III Sobieski na czele 27-tysięcznej armii polskiej i 43-tysięcznej armii austriacko-niemieckiej rozbił 115-tysięczną armię wielkiego wezyra Kara Mustafy (ok. 1620-1683).

 

 

19,8 tysiąca żołnierzy (15 tysięcy Turków, 3,5 tysiąca sprzymierzonych, w tym 1,3 tysiąca Polaków) poległo pod Wiedniem. Do klęski Turków przyczyniła się brawurowa szarża polskiej husarii od strony wzgórz Kahlenberg – podają źródła

 

Komentarze

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.