post image

Dwie kadencje w polityce to epoka. To wystarczający czas, by zrealizować swoje zamierzenia i zrealizować plany wyborcze. Oczywiście pojawią się głosy, że to za mało, bo człowiek podczas pierwszej kadencji dopiero uczy się pewnych mechanizmów, a tu nagle trzeba byłoby zająć się czymś innym. Nie zgadzam się z tym argumentem.

Nikt nie mówi, że poseł po dwóch kadencjach w Sejmie nie może zostać senatorem, a prezydent miasta posłem. Ale znów maksimum na dwie kadencje. Takie oderwanie, powrót do rzeczywistości każdemu politykowi wyjdzie na zdrowie, bo większość "odlatuje" już na drugi dzień po wyborach. Unikamy także wielu problemów, które dostrzegalne są w naszej młodej demokracji na pierwszy rzut oka. Unikamy powstawania zamkniętych układów i koterii, które toczą na więcej niż dwie kadencje niczym rak każdą tkankę społeczną, zwłaszcza lokalną i powodują efekt odwrócenia się od zainteresowania życiem społecznym przez większość społeczeństwa. Dwukadencyjność wyzwoli większą energię społeczną i tym samym większą partycypację obywatelską. A to powinno być priorytetem. Obecnie większość ludzi nie chce się angażować w samorząd czy politykę w ogóle, bo uważa, zresztą całkiem słusznie, że trudno komuś spoza systemu politycznie zaistnieć.

Perspektywa dwóch kadencji przewietrzyłaby z pewnością polski parlament i wyeliminowałaby osobników, którzy znani są głównie z tego, że są wybierani, a kompetentni parlamentarzyści i samorządowcy spaliby spokojnie.

Zresztą zwróćmy uwagę, że na szczytach polskiego systemu politycznego mamy funkcję ograniczoną dwukadencyjnością – prezydenta RP. I jakoś nikt z tego powodu nie robi problemu czy protestów, co więcej tylko jednemu prezydentowi udało się do tej pory pełnić urząd przez dwie kadencje.

I może stąd ten strach polityków?

Komentarze

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.