post image

Pewien mężczyzna w sile wieku, który od wielu lat pracował w jednej ze śląskich walcowni, nagle poczuł się źle i zaczął mocno kaszleć. Schudł też sporo pomimo dobrego apetytu. Kiedy choroba zaczęła się pogłębiać, za namową żony udał się do miejscowego lekarza. Doktor przepisywał mu rozmaite mikstury, ale niestety stan chorego nie poprawił się ani trochę. Po szczerej rozmowie z lekarzem walcownik zdecydował udać się do Breslau (Wrocław), gdzie rezydował niemiecki profesor, który podobno potrafił wyleczyć nawet znacznie cięższe przypadki tej dziwnej choroby, która przypominała powszechną wtedy gruźlicę płuc, ale pod wieloma względami jednak się od niej różniła.
Mężczyzna zapożyczył się u krewnych i znajomych i z głęboką wiarą na powrót do zdrowia udał się do Breslau. Towarzyszył mu znajomy zakonnik, który też w tym czasie wybierał się do jednego z klasztorów na Dolnym Śląsku. Podróż odbyli koleją, na miejscu zakonnik pomógł choremu znaleźć nocleg na kilka dni, a potem już sam ruszył dalej. Kiedy walcownik dostał się do pana profesora, ten go osłuchał, opukał i zapisał drogie leki, które trzeba było wykupić na miejscu w Breslau. Wytwarzał je bowiem tylko jeden wtajemniczony aptekarz. Z początku wydawało się, że przywiezione leki robotnikowi pomagały, więc odbył jeszcze kilka podróży do pana profesora, ale po jakimś czasie mężczyzna znowu zaczął chudnąć i tracić siły.
Jeden z jego współpracowników z walcowni pochodził z małej miejscowości w okolicy Skoczowa i twierdził, że u nich we wsi jest „łowczorz” (znachor), który na wszystkie choroby potrafi pomóc. Walcownik udał się do niego z pewnym gospodarzem, który też kiedyś leczył się u tego znachora. Tym razem podróżowali furą gospodarza i po dwóch dniach jazdy dotarli na miejsce. Chory mężczyzna ledwo doszedł do chałupy „łowczorza”, bo ostry, górski klimat nie sprzyja chorym na płuca. Kiedy znachor wysłuchał historii choroby, stwierdził, że w tym przypadku pomoże tylko kuracja z chrzanu. Musiał to być jednak chrzan dziko rosnący, wyhodowany w ogródku nie wchodził w grę. Walcownik z pokorą zastosował się do tej „ostrej” kuracji i z każdym dniem czuł się lepiej. Po upływie pół roku znachor kazał zaprzestać kuracji, twierdząc , że jego pacjent jest wyleczony. Według znachora mężczyźnie miały wyrosnąć nowe, zdrowe płuca!
Kilka miesięcy później wspomniany wcześniej zakonnik powracał na Górny Śląsk i po drodze zahaczył o Wrocław, bo miał tam coś do załatwienia. Całkiem przypadkiem spotkał owego niemieckiego medyka, który leczył walcownika.
– Ten chop ze pluca do naprawy – zagadnął on fratra – na fest niy żije, bo u miy niy boł już cu fil jedyn jar (rok)!
– Ale żyje panoczku profesorku, żyje! Jedym gorol ze Skoczowa łonymu te pluca wyrychtowoł! Bezmała terozki mo jako nowe! Tak mi tyn chop pisoł zeszły tydziyń.
– To je unmyjglich, to je unmyjglich! – powiedział profesor, który naszą „godkę” trochę rozumiał, bo jako młody lekarz krótko praktykował w Raciborzu. – Ale jak tak godocie fratre, to jo by chcioł, coby on com cu miyr nach Breslau! Dom gelt! To skuli nauki, wielgi Erfolg! Poratować wifil lojte!
Po tej krótkiej rozmowie zakonnik i lekarz pożegnali się i każdy poszedł w swoją stronę: lekarz skierował się do willi na przedmieściu, a zakonnik na wrocławski dworzec kolejowy.
Jak potoczyły się dalsze losy bohaterów tej tajemniczej opowieści, drodzy Czytelnicy, dowiecie się za tydzień.

Ps. rozmowę zakonnika z lekarzem zapisałam fonetycznie.

Komentarze

  • Chop ze Żorow tyn artykułWitom, moja starka tyż godali ło tych plucach ze krzonu, ale eli je to prowda, tego niy wiym. Pozdrowiom

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.