post image

Nie będę tutaj rozpisywać się o życiu duchowym tercjarzy, gdyż sama znam je tylko pobieżnie, głównie z lektur i opowieści rodzinnych. Jak widać, dla wielu osób świeckich jest to formacja dość tajemnicza. Wyobraźnię społeczną podsycają jeszcze liczne opowieści ludowe dotyczące członków tej formacji. Ile w nich prawdy, a ile fikcji, to nam, laikom, trudno dziś ocenić.
Sprawa pierwsza: Tercjarze świeccy znają dzień i godzinę swojej śmierci. Spotkałam się z tym zagadnieniem będąc dzieckiem. Jedna z naszych znajomych, pani koło sześćdziesiątki, przyszła pewnego dnia do mojej babci wczesnym rankiem. Już w progu oznajmiła, że była u spowiedzi i poprosiła moją babcię, żeby przyszła do niej o trzeciej po południu, bo ona dziś koło godziny piątej będzie umierać. Miałam już wtedy około 5-6 lat i wiedziałam, co to słowo znaczy, ale tłumaczyłam je sobie po swojemu. Starsze osoby lub małe dzieci (byłam już na pogrzebach dwójki dzieci, które znałam) zamykają oczy, przestają oddychać, wtedy kładzie się je do trumny, potem trzeba iść do kościoła i na cmentarz, żeby zakopać trumnę z ciałem w ziemi i ten ktoś, zmarły, już nigdy nie wraca! Słyszałam od babci, że z czasem ciało zakopane w ziemi rozpadnie się w proch, a duszyczka (taki twór, którego nie widać, a jest w człowieku dopóki on żyje) idzie na drugi, czyli inny świat, który jest zapewne gdzieś daleko, bo skoro stamtąd się nie wraca... Dlatego też nastawiłam ucha i z niepokojem czekałam na powrót babci.
Babcia istotnie wyszła o umówionej godzinie i wróciła dopiero późnym wieczorem. Nie spałam wtedy jeszcze, choć zachowywałam się cichutko, żeby nikt się nie domyślił, że wciąż czuwam. Dlatego udało mi się posłuchać rozmowę mojej cioci i babci, którą prowadziły w kuchni. Kiedy babcia przyszła do znajomej, ona przekazała jej habit, w który miała zostać ubrana po śmierci, a potem położyła się do łóżka i razem z moją babcią odmawiała stosowne modlitwy. Koło godziny 17. pani N. zaczęła słabnąć. Poprosiła jeszcze o szklankę wody, ale tylko umoczyła usta i oddała ją mojej babci. Na pytanie, czy zawołać kogoś z sąsiadów, odpowiedziała przecząco, dodając, żeby dopiero po jej śmierci babcia poszła do sąsiada R., bo on ma zająć się sprowadzeniem lekarza, który stwierdzi zgon, a potem pogrzebem swojej starszej sąsiadki, gdyż pani N. powierzyła mu stosowną kwotę na koszty. Moja babcia wywiązała się ze swojego zadania. Modliła się przy konającej, aż ta wydała ostatni dech, a potem ubrawszy jej ciepłe jeszcze ciało w habit, udała się do sąsiadów, którzy podjęli czuwanie przy zmarłej, a babcia mogła wrócić do domu.
Dopiero o wiele później dowiedziałam się skąd tercjarze świeccy poznają termin swojej śmierci. Podobno dzień lub dwa przed odejściem w ich śnie pojawia się święty Franciszek (z Asyżu) i daje im czas na zakończenie wszystkich ziemskich spraw. Czy tak jest w istocie, czy jest to tylko opowieść ludowa, trudno dociec.
Sprawa druga: Zapewne spotkaliście się z takim śląskim określeniem: „tyn chop wyglondoł na zdrowego, ale lyg do łożka, wzion i umar”. Czy jest to tylko specyficzny zwrot charakterystyczny dla tego języka, czy też jest w tym część prawdy, że można umrzeć na zawołanie?
Pamiętacie filmy o Indianach? Tam też przewija się dość specyficzny zwrot : „Ten dzień jest dobry na śmierć”. Wypowiedziawszy go, stary Indianin odchodzi ze swojej wioski po to, by umrzeć w jakimś ustronnym miejscu. I też nie czyni tego sam, bo ktoś ze współplemieńców mu towarzyszy w tej ostatniej drodze.
Kiedyś zjawisko śmierci było bliższe ludziom i traktowane jako normalna kolej rzeczy, dziś to jednak temat tabu – nie chcemy o niej słyszeć.

Komentarze

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.