post image

Wyznawane przez nas religie kreują bardziej konkretny jego obraz, ale nie wszyscy wyznawcy chcą weń do końca uwierzyć, przywołując przeróżne nurtujące ich wątpliwości. Zapewne chodzi też o to, że ludzie chcieliby uniknąć rzeczy dla nich z jakichś powodów niewygodnych., na przykład odpowiedzialności za czyny popełnione w naszej rzeczywistości. Przekazy ludowe, z którymi zetknął się każdy z nas, pozwalają „oswoić” trudny temat przemijania i umierania, dlatego ludzie chętnie do nich sięgają, żeby choć trochę „podbudować” swój pogląd na ten temat. W ten sposób tworzą swoisty konglomerat wierzeń religijnych, pogańskich (w naszym przypadku: prasłowiańskich), a czasem nawet magii.
Czy naprawdę nikt stamtąd nie powrócił?
Nie mam tu na myśli ludzi, o których mówi się, że przeżyli śmierć kliniczną, ale wrócili potem do życia, lecz przekazy ludowe. Zapewne pamiętacie opisaną w „Nowinach” opowieść o bracie, który już po swojej śmierci przyszedł się pożegnać z siostrą? Na jej pytanie: Czy widział tatulka, który zmarł kilka lat wcześniej, odpowiedział : Tatulek chodzom we takim łogrodzie za rzykom, ale jo tam jeszcze niy śmia iść!
Innym ludziom ukazywali się podobno ich zmarli krewni, którzy mieli jeszcze coś ważnego do załatwienia w swoim ziemskim życiu i prosili o pomoc. A przypominacie sobie opowiadanie o przygodzie biskupa, kiedy to zjawa zakonnika prosiła o pomoc w odprawieniu mszy świętych?
Z opowieści, którą słyszałam wiele lat temu od pani Rozalii (ur.1888) dowiedziałam się, że ten drugi świat wcale nie jest taki „różowy” jak nam mogłoby się wydawać. Kiedyś w czasie wieczornej modlitwy ukazał się jej dziadek, jej zdaniem człowiek niezwykłej prawości. Pojawił się w jej pokoju z żelazną kulą u nogi i choć nic nie mówił było widać, że bardzo cierpiał! A zjawa która ukazała się psotnej Kaśce, która zabrała kapelusz pewnemu mężczyźnie modlącemu się nocą przy grobie? Zjawa ta płakała krwawymi łzami, a jej stopy zostawiały wypalone ślady na podłodze.
Czy rzeczywiście zmarli nie mogą wracać na ziemię? Według wierzeń ludowych miało być odwrotnie: w pewne określone dni pojawiali się oni na ziemi, chociażby tylko po to, żeby rzucić okiem na „stare śmieci”. Do takich dni należały Dzień Zaduszny i Wigilia Bożego Narodzenia. W innych częściach Polski dodatkowe nakrycie przy wigilijnym stole czeka na przypadkowego wędrowca, ale na Śląsku jest to nakrycie dla duchów, które mogą odwiedzić w tym dniu dom, z którego wyszły. Stawiano też dodatkowe krzesło na które nie można było siadać przez całą wieczerzę wigilijną.
Ludzi żyjących nurtowało zawsze to, czy zmarły mógłby przebywać na ziemi, w swoim domu także po śmierci? Nie mam tu na myśli tzw. „nawiedzonych domów”, w których straszyło nieraz całymi latami, ale zwykłe domostwa, w których ktoś z domowników niedawno zmarł. Wierzono powszechnie, że zmarły przebywa w domu na pewno do chwili pogrzebu, dlatego zasłaniano wszystkie lustra z obawy , żeby go przypadkiem nie zobaczyć! Bo to oznaczało śmierć osoby patrzącej w lustro, najpóźniej w ciągu jednego roku. Przez sześć tygodni po śmierci nie można było ruszać rzeczy zmarłego, ani wydawać ich z domu, bo mogłoby go to rozzłościć, ale co mógłby zrobić wtedy żywym, raczej nie precyzowano. I na koniec jedna mało budująca opowieść, ale bardzo przystająca do naszych czasów, kiedy „praca” liczy się nade wszystko. Podobno były przypadku, że jakiś górnik, który bardziej niż swoją rodzinę, kochał grubę i pracę w niej, zostawał na wieczne czasy demonem świata podziemnego, czyli Skarbnikiem.
Słyszeliście, drodzy czytelnicy, zapewne o jeszcze innych takich opowieściach i mam nadzieję, że się nimi ze mną podzielicie, pisząc komentarze do elektronicznego wydania „Nowin”.

Komentarze

Dodaj Komentarz