post image
Facebook.com / Ania Kania. Nie śpię, bo piszę.

Jesteśmy u mamy. Leży w szpitalu już 4 dzień. Wszystko się unormowało. Krwawienia ustały. Dziecko jest bezpieczne. Za to cała reszta na bezpieczną nie wygląda. Nasza rodzina. Rodzice. I Michał. Wszyscy stoimy na skraju przepaści. Nikt nie chce skoczyć. Chociaż, nie wiem sama - może niektórzy chcą? Tylko się boją wykonać pierwszy krok. Potrzebują kogoś, kto wyzwoli reakcję. Strzeli głośno biczem nad głową i krzyknie „TERAZ!”. A jak to nie pomoże…. no cóż. Nie jest przyjemnie dostać batem w dupę.

Siedzę na szpitalnym korytarzu. Ojciec jest u mamy. Kazali mi wyjść. Jak dziecku. Tak jakbym nie wiedziała o co chodzi. Ustalają co dalej. Ojciec nie chce puścić, a mama szuka drogi, żeby wyjść…. żal mi jej.

Ona się boi. Nie chce być z ojcem. Nie mówi tego, ale wszystko widać w jej oczach. Nie jest szczęśliwa.

Chyba, że on jest obok. Pan Wojtek. Wtedy się rozpromienia. Jakoś tak wewnętrznie. Nie uśmiecha się, nic nie mówi, ale coś w niej się zmienia. Ewoluuje do wyższej formy, która z ojcem nie była do osiągnięcia od…. Boże. Sama nie wiem od jakiego czasu.

A ja się nie dziwię. Sama bym się rozpromieniała, gdyby taki facet jak Wojtek krążył po mojej orbicie. Jest idealny. I ma jakąś taką wewnętrzną siłę. Tak jakby potrafił skoncentrować na sobie całą twoją uwagę. Kiedy patrzy na ciebie, masz wrażenie że jesteś centrum jego świata. I nic innego się nie liczy. Tylko ta więź zbudowana jednym spojrzeniem, albo dwoma. Lub trzema. Potem uśmiecha się i…. schodzi z karuzeli. A ty zostajesz sama na rozpędzonym koniku o pustym spojrzeniu i patyku wbitym w środek zadka. Kręcenie się w kółko w pojedynkę przestaje być zabawne „Hej, hej! Gdzie idziesz? Nie zostawiaj mnie!” - chciałoby się krzyknąć. Ale nie można. Bo przecież ta chwila połączenia nic nie znaczyła. W zasadzie mogła nawet nie istnieć. Kurwa.

Michał idzie. Dałby sobie w końcu spokój. Śmieszne. Jeszcze tydzień temu dałabym się pokroić za kilka chwil w jego towarzystwie. Modliłam się, aby zjawił się niespodziewanie, usiadł obok, złapał mnie za rękę i zapytał:

- Jak tam sytuacja na froncie Mała?

 

Przeczytaj także wywiad z autorką: Nie śpi bo pisze.

 

Teraz wyciągam rękę spod jego dłoni i przyjacielsko klepię w kolano. Nie odsuwam się, ale odklejam swoje udo od jego nogi. Nie chcę żeby mnie dotykał, ale nie chce też mówić oficjalnie „Spierdalaj”. Staram się zachować pozory dobrej relacji, chociaż daleko mi do radosnego hopsasania. Między nami koniec. I cieszę się, że to ja o tym decyduję. Nie on.

- Rozmawiają - oznajmiam rzecz raczej oczywistą.

- O czym?

- Nie wiem Michał. Nie słyszę przez ściany.

Otwiera usta jakby chciał coś powiedzieć i zastyga. Wygląda idiotycznie. Odwracam wzrok. Nie chcę go takiego oglądać. Chcę pamiętać chłopaka, który mokrymi ustami całował mnie pod cieknącą wiatą. Był wtedy taki wielki. Przysłonił mi widok na całe zło tego świata. Teraz to tylko mały chłopczyk, który ciągnie mnie za spódnice i prosi płaczliwie o uwagę.

Z sali 115 wychodzi tato. Jest blady. Ręce mu drżą. Kiedy dostrzega dwie pary oczu wlepione w siebie, chowa ręce do kieszeni i ubiera maskę. Uśmiech na zawołanie. To jego mocna strona. Zawsze tak robił.

- Z mamą wszystko ok - mówi z uśmiechem. Dobry z niego aktor. W głosie ojca nie pozostaje nawet cień smutku. Prawie daję się wpuścić w ten wesołkowaty ton - Jutro powinni wypuścić ją do domu.

Wypuścić do domu? Do czyjego domu? Naszego? Czy innego domu? Jak na zawołanie w korytarzu niespodziewanie pojawia się nowa postać. On. Pan Wojtek. Nie mogę powstrzymać uśmiechu.

- Dzień dobry - ćwierkam z miną głupka. Wojtek patrzy na mnie tym swoim magicznym wzrokiem, a ja rozkładam się na różowe cząsteczki srające tęczą i landrynkami. Ojciec i Michał patrzą na mnie jak na zdrajcę rodu. Michał wywraca oczami i rozkłada dłonie na wysokości bioder.

Naprawdę? Teraz? Dziś takie gesty w jego wykonaniu są gówno warte. Może je sobie wsadzić głęboko między pośladki i ścisnąć, żeby już nigdy nie wylazły z głębi jego dupy.

O ile jednak potrafię zignorować opóźnionego w czasie Michała, o tyle ojciec wyciąga działo cięższego kalibru. Przechyla głowę i marszczy brwi. Takie pytanie bez słów: „Ty też Brutusie?”. To skutecznie powstrzymuje moje srające tęczą cząsteczki przez dalszym bąbelkowaniem do pierdyliarda zer.

Chrząkam, spuszczam głowę i wycofuję się. Wojtek i ojciec mierzą się wzrokiem. Wygląda to tak, jakby jeden i drugi zastanawiali się czy iść na noże, czy raczej załatwić temat po gentelmeńsku. Ciężka decyzja. W końcu tata odpuszcza. Chociaż nie. Bardziej wygląda to tak, jakby dawał przyzwolenie na to, aby Wojtek wszedł do sali mamy. A Wojtek potwierdza, że przyjmuje tą zgodę i dziękuje za nią. Rozmowa spojrzeń i niedostrzegalnych gestów.

Mężczyzna znika w sali, która chwile temu zajmowała cała moja rodzina. Wygląda na to, że teraz ta rodzina zmieni formę. Ojciec sięga do kieszeni i klekocze kluczykami.

- Poczekam w aucie - mówi i oddala się szybko.

Czuję, że potrzebuje zostać sam. Dam mu kilka chwil na pozbieranie się. Siadam znowu na niewygodnym krześle. Zamykam oczy. Głowę odchylam do tyłu i opieram o ścianę.

- Wszystko będzie dobrze Agata - Michał znowu przykleja się do mnie. Wsuwa ramię za oparcie. Ustami zasysa powietrze zdecydowanie za blisko mojej twarzy. DOŚĆ! Wargi wywijają się w niesmaku.

- Przestań Michał.

- Źle się czujesz?

- Tak, źle się czuję. Chcę już wracać do domu. Ojciec czeka w samochodzie. Muszę już iść.

Wstaję i z ulgą wysuwam się z jego objęć. Michał również wstaje i zrównuje ze mną krok. Zdecydowane wydaje mu się, że razem wracamy do domu. Zatrzymuję się. On idzie dalej. Dopiero po chwil orientuje się, że zostałam w tyle.

- Idziesz?

- Ja idę. Ale ty zostajesz.

- Jak to? Agata. Co się dzieje?

- Już nic się nie dzieje Michał. Nie dzieje się od chwili, w której zacząłeś przystawiać się do mojej matki.

Zagląda na mnie jak szpak w niecenzurowane miejsce.

- Ale….

- Ale, ale , ale, ale kurwa co? - wiem, nie jest elegancko przedrzeźniać, ale nie mogę się powstrzymać - Ale to nie tak jak myślisz?

- Dokładnie tak! To nie tak, jak myślisz!

- Pieprz się Michał. Widziałam wszystko.

- Niby co widziałaś? Powiedz, bo nie bardzo nadążam za tobą.

- Nie dziwi mnie to. Nie nadążasz, bo jesteś idiotą.

- Kurwa, Agata. O co ci chodzi?

- Chodzi o to, że dostawiałeś się do mojej matki. Chodzi o to, że pokłóciłam się ze wszystkimi. Przez ciebie. A to była prawda. Tylko ja nie chciałam uwierzyć. Nie wierzyłam nawet, jak zobaczyłam na własne oczy. Okłamywałam sama siebie: dziewczyno, to nie może być prawda! Michał nie jest taki - macham rękami w przerysowanych gestach - on cię kocha. Jesteś mu niezbędna! Jak powietrze!

- Państwo muszą przestać. To jest szpital - surowy ton pielęgniarki sprawia, że zamykam usta.

Krzyki ustają. Boże, to ja tak wrzeszczałam?

- Przepraszam - zwracam się do kobiety w niebieskim kitlu - My już przestaliśmy. Dawno temu.

 

Więcej opowieści na: facebook.com/AniaKaniaNieSpieBoPisze.

Komentarze

  • XXX Zajebiście żenujące:-)
  • Liczi :-) Jezuuu, naaaprawdę?
  • Ola Do autorkiKiedy można spodziewać się książki ze wszystkimi opowieściami?

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.