post image
Materiały prasowe.

Sady Jana.

Po długiej podróży w końcu dotarłam na miejsce. Powinnam zjawić się tu parę dni wcześniej, ale niestety kilka nieprzewidzianych opóźnień na trasie spowodowało, że musiałam rozważyć o dwa noclegi więcej niż zakładał pierwotny plan. Przygotowałam się solidnie do zniknięcia, więc nie wchodziło w rachubę udanie się do Sadów pierwszym lepszym połączeniem międzymiastowym. Mateusz odnalazł by mnie w tydzień, gdybym porządnie nie zatarła śladów.

Stoję przed budynkiem, który pani Wiesia namalowała w mojej wyobraźni detal po detalu. Milion opowieści snutych przy porannej herbacie sprawiło, że to obce miejsce, wcale nie wydaje mi się obce. Czuję się tak jakbym powróciła w rodzinne strony. Jakbym była częścią wszystkich usłyszanych historii. Wiem, co zobaczę za rogiem. Wiem co czeka mnie za wielkimi drewnianymi drzwiami z mosiężną klamką. Wiem, do którego pokoju wpada najwięcej światła, wiem jak ominąć trzeszczący czwarty stopień na schodach prowadzących na piętro. Wszytko się zgadza. Nawet kolor ścian, okna przesłonięte okiennicami wymalowanymi w kolorowe wzory. Farba z nich zeszła i w niektórych miejscach kwiatowy szlaczek gubił bieg, by pojawić się za chwilkę z niebytu. Podziwiam ganek i szerokie kamienne schody. Potężna balustrada zakończona miejscem na donice. Teraz nic tam nie ma, ale kiedyś były tu girlandy kwiatów opadających, aż na bruk. W tych kwiatach latem siedziały motyle. Stada motyli. Wzbijały się w powietrze za każdym razem, kiedy ktoś otwierał drzwi lub wbiegał na schody.

Poprawiam plecak na ramionach i spoglądam wyżej. Dach rzeczywiście wymaga remontu. Szczególnie w zachodnim skrzydle. Dachówki przypominające smoczą łuskę układają się w równe szeregi, a później gwałtownie gubią rytm. Przestają trzymać fason i układają się w różnych kierunkach. Na dodatek kilkanaście dachówek osunęło się po dachu i roztrzaskało pod oknami. Dach jest dziurawy i zapadnięty, i nawet moje niewprawne oko widzi, że ktoś powinien się tym jak najszybciej zająć. Tak mówiła pani Wiesia.

- Tym dachem ktoś powinien się zająć moje dziecko. Janek już nie zdążył, a planował zrobić to przed jesienią. Tylko, że śmierć przyszła po niego wcześniej niż ktokolwiek się spodziewał. On zmarł we śnie. Za szybko odszedł. Za szybko. A Jaś był przecież taki silny. Jak ojciec był. Taki sam. Myślałam, że przeżyje nas wszystkich. A on po prostu położył się i już nie obudził. I ten dach teraz niszczeje. Ktoś powinien się tym zająć, moje dziecko.

Mam wrażenie, że w mojej głowie zamieszkał głos starszej pani. I ten głos opowiada o każdym detalu i każdym szczególe tego domostwa.

- Jeśli pójdziesz w prawą stronę, to tuż za rogiem budynku zobaczysz studnię. Jest bardzo głęboka. Woda w niej jest krystalicznie czysta i tak smaczna, że nie może równać się z nią nic, czego do tej pory kosztowałaś. Wielu zaglądało zazdrośnie w tą studnię i wielu próbowało zajrzeć do środka. Bo mówiono, że w słoneczny dzień, kiedy słońce stoi w najwyższym punkcie nieba, szczęśliwiec który przechyli się przez kamienny brzeg, może dostrzec na dnie swoje odbicie. Wyraźne i klarowne, jakby zamiast tafli wody, między ścianami studni ktoś umieścił lustro. I każdy, komu uda się uchwycić właściwy moment i ujrzeć siebie w zwierciadle wody, młodnieje, a już na pewno starzeje się wolniej. Z tej studni ojciec czerpał wodę i rozlewał po jednym wiadrze pod każdym drzewem jabłoni. Robił to dwa razy w każdym roku. Pierwszy raz zanim w sadzie pojawiły się pierwsze pączki kwiatów i drugi, kiedy opadło ostatnie jabłko w sadzie. Kolejny magiczny rytuał, o którym szeptano w każdej okolicznej chacie. Mówiono, że ojciec zaprzedał duszę za tą studnię i za ten sad. Mówiono, że to magiczne siły sprawiają, że drzewa rodzą takie plony, a ojciec jest silny i potężny jak tur. Tato, tylko się śmiał z tych pogłosek, a mama przy każdej usłyszanej historii kręciła głową i wywracała oczami. Ale miała respekt, do wszystkiego, co robił ojciec i do każdej jego decyzji.

Zawsze kiedy myślę o tej kobiecie, robi mi się ciepło na sercu. To taka mama z prawdziwego zdarzenia. Taka całkiem inna od mojej matki. Pani Wiesia pokazała mi kiedyś jej zdjęcie. Czarno-białe zdjęcie małego formatu z finezyjnie wyciętymi brzegami. Byli tam wszyscy: rodzice pani Wiesi i czworo dzieci. Na pierwszy plan wysuwał się on - wysoki i barczysty mężczyzna. Głowa rodziny. A obok niego stała ona. Pół kroku za mężem. Na jednym ręku trzymała najmłodsze dziecko - Jana. A druga ręka… no właśnie… miałam nieodparte wrażenie, że ta drobna kobieta trzyma lewą rękę na plecach mężczyzny. Tak jakby wspierała go swoją siłą i wypychała do przodu. Oczywiście to tylko mój domysł, ponieważ jej lewy bark był całkowicie niewidoczny na zdjęciu, przysłonięty jego ramieniem. Jednak to była pierwsza myśl, kiedy zobaczyłam tą fotografię: „Ona go wspiera”. Pamiętam, że potem pomyślałam, że to wcale nie woda ze studni była magiczna, tylko ta kobieta. Teraz studnia jest zabezpieczona drewnianą pokrywą. Mam ochotę zajrzeć do środka, jednak pokrywa wygląda na solidną i ciężką. Poza tym niebo jest przesłonięte ciężkimi chmurami. Na pewno nie jest to dobry moment na szukanie w studni swojego odbicia. Za chwilę może lunąć, a plecak zaczyna mi nieprzyjemnie ciążyć. Czas zrzucić ten tobołek i przygotować się do….

- Co pani tu robi??

Jezusie! Serce staje mi w gardle, a całe ciało tężeje w przestrachu. Nie spodziewałam się tu nikogo. Nie przygotowałam się na czyjąkolwiek obecność. Szczególnie tak niespodziewanie zaakcentowaną. Odwracam się gwałtownie przygotowując moje ciało do obrony. Mężczyzna stoi tuż za mną. Praktycznie na wyciągnięcie ręki. Jakim cudem on podszedł do mnie tak blisko? Powinnam przecież coś usłyszeć: głos kroków na żwirze, szelest trawy… cokolwiek. Moja mina oraz sylwetka gotowa do odparcia ataku powodują, że obcy cofa się na bezpieczną odległość.

- Co pani tu robi? - powtarza. Jego głos jest mocny i szorstki. Otwieram usta aby odpowiedzieć, jednak mężczyzna wyprzedza mnie:

- Ma pani 3 minuty, aby opuścić ten teren. Potem wzywam policję.

- Ale…

- Nie ma żadnych „ale”. To prywatna posesja. To, że nie ma płotu, nie powoduje że może pani się tu panoszyć.

- Proszę pana, ja…

- 2 minuty - informuje beznamiętnie i robi krok w moją stronę. Mocno i głośno stawia stopę na ziemi, jakby płoszył kurę. Nie ruszam się z miejsca. Pierwsza emocje - strach i zaskoczenie, opadły. Teraz zaczynam myśleć logicznie.

- Nie jestem tu bezprawnie - mówię głośno i podnoszę podbródek. Ręka bezwiednie wskazuje bagaż. W plecaku mam klucze do dworu oraz list, który mam wręczyć zarządcy, czyli pewnie temu mężczyźnie, który właśnie stara się mnie stąd przegonić.

Typ w ogóle nie reaguje na moje słowa. Wyciąga z kieszeni telefon. O Boże. Czy to Nokia 3310? Naprawdę? W dzisiejszych czasach? Koleś jest zdecydowanie za młody na tego typu aparat. No chyba, że lubi starocie. Albo jest starszy niż sugeruje to jego wygląd.

- Przysyła mnie pani Wiesława Nocoń - mówię dobitnie, chcąc spowodować jego reakcję.

Udaje mi się. Mężczyzna przestaje wybierać numer na telefonie i patrzy na mnie dziwnie, z jakimś takim perfidnym uśmiechem. Potem przekrzywia głowę w bok. Pomału. Pomalutku. Serce wpada w popłoch, gardło ściska wspomnienie, które powraca do mnie w najgorszych koszmarach. I tak samo jak wtedy w parku, tak samo jak tamtej feralnej nocy - mężczyzna przede mną podnosi do góry prawą rękę. Jeśli zacznie teraz machać, rozpadnę się na tysiąc kawałków szaleństwa. W uszach zaczyna mi piszczeć. Muszę potrząsnąć głową, bo dźwięki zaczyna zagłuszać panika. Ręka mężczyzny zatrzymuje się na wysokości jego ucha, a ja dopiero teraz dostrzegam świecący na zielono mały ekran Nokii.

- Sady Jana. Chcę zgłosić włamanie - a po chwili zawahania dodaje do słuchawki - I próbę wyłudzenia. Ująłem sprawcę. Czekam na Was.

- Próba wyłudzenia? Czy pan zwariował?? Przecież powiedziałam panu, kto mnie przysyła! Proszę mnie puścić!

Stalowe palce zaciskają się na moim nadgarstku. Czuję nagłe szarpnięcie w dół. Ląduję na kolanach. Trawa amortyzuje upadek, ale pewnie będę miała siniaki. Na nogach i na nadgarstku. Twarz mężczyzny zwiesza się tuż nade mną.

- Jeszcze raz…. KTO panią przysyła?

- Wiesława Nocoń - mówię zbierając w sobie całą siłę jaką mogłam wyssać z tego imienia i nazwiska - przysyła mnie Wiesława Nocoń.

- To niemożliwe.

- Dlaczego niemożliwe?? - prawie krzyczę. Czuję, że za chwilę pęknę. To jakiś obłęd. Co tu się dzieje?

- Bo Wiesława Nocoń nie żyje - mówi przez zaciśnięte zęby z nienawiścią ściskając mój nadgarstek. A potem puszcza, odpychając z takim impetem, że ląduję całym ciałem na ziemi.

Niebo pękło.

Deszcz uderzył we mnie równą ścianą.

 

Kolejna część już za tydzień!

Więcej opowieści na: facebook.com/AniaKaniaNieSpieBoPisze.

Komentarze

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.