post image
Karolina Jonderko na wernisażu wystawy, prezentującej pokoje ludzi zaginionych

Karolina Jonderko zjeździła całą Polskę, fotografując miejsca, w których żyli ludzie zaginieni. Bo jej zdaniem takie zdjęcie może zdziałać więcej niż komunikat o zaginięciu.


Szesnaście pokoi zaginionych w całym kraju sfotografowała Karolina Jonderko z Rydułtów. Jak na razie rozwiązały się tylko dwie historie. Jedna szczęśliwie, bo mężczyzna odnalazł się na drugim końcu Polski i rodzina znów jest w komplecie. Druga miała tragiczny finał. Ponad pół roku po zaginięciu ciało 24-letniego Bartka znaleziono niedaleko stawu. Przyczyny śmierci nie są jasne. Młody człowiek wyszedł do pracy, później okazało się, że został z niej zwolniony już sześć miesięcy wcześniej. Mimo to rodzice nie chcieli wycofywać jego pokoju z projektu. "Ma on być przestrogą dla innych" – powiedzieli.

Pozostałe przypadki nadal są niewyjaśnione. – Chociaż mam silne przeczucie, że kilka osób żyje, nie mam na to żadnego dowodu – mówi Karolina.
 
Najmłodsi i najstarsi

 
Zaczęła fotografować w pokoju Konrada z Łodzi. To był przypadek najtrudniejszy, bo pierwszy.  Chłopak miał 23 lata, gdy w niedzielę rano wyszedł z domu, zostawiając wszystkie dokumenty, portfel, telefon. Zabrał tylko paczkę węgla drzewnego. Jego mama Ludmiła bardzo płakała. Rodzina jest na skraju wyczerpania. Była w telewizji, w gazetach. Dzień po emisji kolejnego reportażu matka otrzymała list: "Jestem cały i zdrowy, uciekłem, bo jestem winny 60 tysięcy pewnym ludziom. Zostawcie pieniądze w skrzynce...". Grafolog ostatecznie potwierdził, że to nie jest pismo ich syna. Po prostu ktoś próbował zarobić na ich tragedii.
Najmłodszy był Łukasz z Pomorskiego. Zaginął w 1999 roku, gdy miał 15 lat. Był dosyć problematycznym chłopcem. Sytuację w domu miał nieciekawą, dlatego wylądował w ośrodku opiekuńczym. 30 marca zaginął wraz z kolegą. Minęło 14 lat, a rodzina nadal żyje w tym samym, ciasnym mieszkaniu. Nie chce się wyprowadzać, bo boi się, że jak Łukaszek wróci, to ich nie znajdzie. Najstarsi z zaginionych to Aleksy i Zbigniew. Pierwszy (lat 79) wyjechał na rowerze z domu w malutkiej miejscowości Kotły. Drugi (78 lat), po prostu wyszedł z mieszkania w Warszawie. Miał żonę, też głuchoniemą. Czytała z ruchu warg.
 
Ulubione miejsce
 

Ulubiony pokój Karoliny należał do Kasi z Krasnegostawu. W dniu zaginięcia miała 26 lat i duszę artystki. Na ścianach cytaty, wizerunek Piłsudskiego, znak Powstania Warszawskiego, upadłe anioły, ale też zdjęcie Ebiego Smolarka. Wyszła od koleżanki o godzinie 22 i ślad po niej zaginął. W kilku przypadkach policja nie zrobiła wszystkiego, co było w jej mocy. 30 stycznia 2009 roku 58-letni Pan Leszek w piżamie i papciach wyszedł na 30-stopniowy mróz. Kiedy żona Ewa zbudziła się i zauważyła, że męża nie ma, pojechała na komendę. "Przy minus 30 stopniach nie wychodzimy z posterunku" – usłyszała. Rodzina zaczęła szukać na własną rękę. Po dwóch tygodniach odezwała się para, która widziała skąpo ubranego mężczyznę wczesnym rankiem, ale mu nie pomogła.
Siostrze 25-letniej Sabiny w komisariacie powiedziano, że oficer śledczy jest na urlopie, więc ma przyjść za dwa tygodnie. Po dwóch tygodniach rodzina poprosiła policję o psy tropiące. Okazało się, że nie ma szans, a w ogóle to najpierw trzeba napisać podanie... 80 procent zaginionych to mężczyźni. Czasem odnajdują się w innych miastach, w innych państwach lub w innych... rodzinach. W przypadku zaginięcia współmałżonka sprawy komplikują się jeszcze bardziej. Żony nie mogą dostać renty, sprzedać domu czy samochodu... Dopiero po dziesięciu latach zaginioną osobę można uznać za zmarłą. Z zaginionym można jednak się... rozwieść.
 
Lepsza już śmierć

 
Tak zrobiła żona 30-letniego Marcina z Bojszów. Zapadł się pod ziemię 15 czerwca 2010 roku. Wyjechał z domu maluchem, który znaleziono nazajutrz na skrzyżowaniu w Mysłowicach. Był otwarty, kluczyki tkwiły w stacyjce, dokumenty leżały w środku. Auto odholowano na strzeżony parking, nie powiadamiając nawet rodziny. Nikt nie pobrał odcisków. Bliscy o wszystkim dowiedzieli się po kilku miesiącach. W pokojach zaginionych nikt nie może niczego zmienić. – Wchodzę do pokoju i wiem, że tam jest Robuś – mówi ojciec studenta psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, który zaginął w 1995 roku. Nie wyjeżdżają na wakacje, bo jak Robuś wróci, nie będzie miał kluczy. Ojciec do dzisiaj rozwiesza plakaty o jego zaginięciu Roberta, który dziś miałby 40 lat.


Matka Jolanty żyje bardzo ubogo w popegeerowskim bloku w województwie warmińsko-mazurskim, ale nie rusza się stąd, bo cały czas ma nadzieję, że rozwiąże się historia jej córki. To bardzo mroczna sprawa, dziewczyna zaginęła w 2002 roku. Były ślady krwi, ale nigdy nie znaleziono ciała. A teraz, po odwiedzeniu szesnastu pokoi, Karolina uważa, że śmierć jest lepsza od zaginięcia. Można iść na pogrzeb, zapalić świeczkę, czy pomodlić się przy grobie. Rodzice zaginionych nie wiedzą, czy ich dzieci nie cierpią, czy nie są chore, czy nie dzieje im się krzywda. Nie wiedzą jednak przede wszystkim: dlaczego? Często obwiniają siebie...
 
Plakaty bez odzewu
 

–  Na pomysł cyklu tych fotografii wpadłam w pociągu, czytając książkę "Nostalgia anioła". To opowieść o dziewczynce, która zaginęła, a rodzice zostawili jej pokój bez zmian. Pomyślałam, że ja też już byłam w wielu takich pustych pokojach. To chociażby pokoje mojej matki i babci, które niestety już nie żyją. Kiedyś wysiadłam z pociągu, dworzec był oblepiony plakatami z wizerunkami zaginionych osób. Rozejrzałam się i zauważyłam, że nikt nie zwracał na nie uwagi! Dotarło do mnie, że pokazanie pokoju osoby zaginionej może dużo zmienić w świadomości ludzi. Bo pokoje są portretami. Na ich podstawie można powiedzieć, czym dana osoba się zajmowała, ile miała lat, co czytała – opowiada Karolina.
Jak dodaje, wie, że takie "nieruszane" pokoje wzbudzą niepokój. – O to mi też chodziło. To bardzo poważny problem. Rocznie znika ponad 15 tys. osób – mówi autorka tego wstrząsającego reportażu. Co chce osiągnąć? – W policji powinien powstać specjalny oddział do spraw poszukiwań. W USA prowadzi się chociażby ewidencję przestępców seksualnych. Gdy zaginie kobieta lub dziecko, sprawdza się wszystkie nazwiska z tej listy. Mnóstwo osób udaje się szybko odnaleźć. U nas czegoś takiego nie ma. Chcę też wpłynąć na świadomość ludzi, dotrzeć do tych, którzy zamierzają uciec, odejść, a może już to zrobili, a nikogo nie powiadomili – mówi Karolina.
 

Komentarze

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.