post image
Pixabay Artystyczne wyobrażenie Utopka

A teraz posłuchajcie owej opowieści:

Nad rwącą rzeką stał kiedyś okazały, wodny młyn. Gospodarzył w nim stary Kuba. Dobrze mu się powodziło i z tego powodu obawiał się napadu rabunkowego, dlatego z niepokojem przyglądał się wszystkim przyjezdnym. Któregoś wieczoru  przed młynem zatrzymał się kupiec z wozami pełnymi towarów, ale jakich, trudno było zgadnąć, tak szczelnie były opakowane. Zdaniem Kuby kupcowi źle z oczu patrzyło i nie zgodził się przenocować go we młynie. Rzekomy kupiec, zły jak szerszeń, burknął tylko pod nosem: 

- Już ja bym z tobą dziadu inaczej potańcował, żeby nie to, że gdzieś po drodze zgubiła mi się reszta bandy… 

A potem mimo zapadających ciemności zarządził przeprawę przez rzekę. Do drugiego brzegu jednak nikt nie dotarł żywy!

Po tym wydarzenie  we młynie pojawiać się zaczął złośliwy stwór ociekający wodą i śmierdzący gnijącymi roślinami wodnymi. Straszył tam całymi nocami i czynił wiele szkód. Młynarz Kuba tylko w ciągu dnia przebywał u siebie, a na noc wynosił się do sąsiadów, bo nie wiedział jak pozbyć się tej złośliwej zjawy.

Pewnego popołudnia do młyna przywędrował młody czeladnik. Zasmucił się bardzo tym, że młynarz Kuba nie przyjmie go do pracy, ale poprosił o nocleg, bo nie miał już sił, żeby  iść dalej. Młodzieniec położył się w przybudówce przylegającej do młyna. Obawiał się zjawy (o której wspomniał młynarz) i żeby nie zasnąć zaczął sobie przygrywać na skrzypeczkach, które zawsze nosił w swoim worku podróżnym. Koło północy do przybudówki wtargnął opisany przez młynarza stwór, nie rzucił się jednak na młodego człowieka, ale niezdecydowanie stanął w progu i zasłuchał się w jego grę.

Czeladnik grał  nie przerywając przez trzy godziny. A potem, jak minęła „godzina duchów” straszna zjawa odeszła. Następnej nocy sytuacja się powtórzyła, ale czeladnik miał już opracowany plan jak się jej pozbyć i przygotowane ku temu narzędzia. Krótko przed wybiciem godziny trzeciej, skinął na utoplca  i gestem zapytał, czy ten chce zagrać? Potem pokazał na jego łapy, a raczej  na jego straszne pazury i dał do zrozumienia, że trzeba je przyciąć. Utoplec sam włożył ręce w imadło, a czeladnik przykręcił je ile tylko miał sił! Stwór usiłował wyrwać łapy, ale mu się nie powiodło, bo właśnie wybiła godzina trzecia, więc razem z tym urządzeniem skoczył do drzwi, a potem plusnął w wodę. Nazajutrz na brzegu rzeki znaleziono zakrwawione fragmenty imadła, a straszek  nigdy więcej nie pojawił się we młynie. 

Opowieść ta ma wiele wersji wędrujących po całym Śląsku. Czasem jej bohaterem jest utoplec, a kiedy indziej niezbyt mądre demony wodne – utopki, które dają się nabrać sprytniejszym od nich ludziom, tak, jak było w opowieści o muzykalnych utopkach, którą słyszałam prze laty w okolicy Pilchowic.

Elżbieta Grymel

Komentarze

Dodaj komentarz