post image
Pixabay W średniowieczu, wskutek zaraz wyludniały się całe miejscowości

Elżbieta Grymel

Miało też być po jednym kocu w celu przykrycia chorego. Do prowizorycznego szpitala sprowadzono chorych z okolicy. Choć w samym obozie nikt nie chorował, płot oklejono informacjami o zagrożeniu tyfusem. Po jakimś czasie słoma wyściełająca izby dla chorych się zleżała i trzeba było ja wymienić. Ponieważ w obozie tym nie było dorosłych mężczyzn, posługiwano się chłopcami 15 i 16 -letnimi, wśród których był też nasz Czytelnik. Słomę wynoszono w kocach na podwórko i tam ją spalono.

„Fojera była dla nas wielką frajdą” – pisze pan Roman.

W budynku tymczasowego szpitala były też łaźnia i natryski z zimną wodą. Po każdej takiej akcji jak sprzątanie szpitala, chłopcy byli zobowiązani z nich skorzystać. Pan Roman zauważył wtedy, że w kącie tego pomieszczenia stoi jakaś beczka wypełniona czymś, co przypominało lasowane wapno, jak się później okazało był to chlor (środek dezynfekcyjny). Młodzieńcy używali go podczas mycia jak mydła i zapewne dzięki temu nikt z nich nie zachorował.

Chociaż nie wolno było opuszczać terenu obozu to i tam docierały przeróżne informacje z zewnątrz. Mówiono, że w niektórych okolicznych miejscowościach już przy wjeździe wywieszano informację, że na ich terenie występuje tyfus, choć nie było to prawdą. W ten sposób miejscowi Niemcy bronili się przed żołnierzami rosyjskimi. Trudno stwierdzić na ile Rosjanie te ostrzeżenia respektowali.

Nie trzeba jednak sięgać aż tak daleko. Podobnie było także w naszej okolicy. Ludzi pracujących w baranowickim dworze (folwarku) ewakuowano, ale tylko do Boryni. Tam w ogromnej ciasnocie pojawił się też tyfus, na który kilka osób zmarło. W tym przypadku Rosjanie sprawiali wrażenie, jakby się nie obawiali zakażenia, robiąc rewizje nawet w izbach, gdzie leżeli chorzy i zabierając wszystko, co im się nawinęło pod rękę, a miało jakąkolwiek (choćby najmniejszą) wartość.

PS. W artykule poruszona została kwestia ostrzeżeń przed zarazą. Stosowano ją już w czasie średniowiecznych pandemii w sposób uniwersalny. Przeciętny mieszkaniec nie umiał wtedy pisać ani czytać, a łacinę – jedyny język pisany znali tylko nieliczni. Dlatego zamiast współczesnych plakatów ostrzegawczych, wywieszano na drzewach przy drogach dojazdowych do zapowietrzonych miejscowości duże kawały płócien zwane „płachtami morowymi”. Zapewne szybko by one zniknęły, gdyż były pożądanym dobrem, ale obawa przed zarazą była silniejsza. Krążyły już wtedy ludowe opowieści (zapewne nie całkiem gołosłowne) mówiące o tym że przywłaszczając sobie „płachty morowe” można się zarazić i umrzeć.

Komentarze

Dodaj Komentarz