Dominik Gajda
Dominik Gajda

Historia zawodu pana Pawła rozpoczęła się właściwie w chwili, gdy jego ojciec zdecydował, że zostanie krawcem. A został bardzo dobrym krawcem, który był ceniony w mieście. Jak się później okazało, podobnie było z jego synem.

- Mój ojciec był rzemieślnikiem, bardzo znanym w mieście, ale wtedy prywatna inicjatywa była źle traktowana. Pamiętam, że ojciec jako jedyny w czasie okupacji miał warsztat, umiał dogadać się z Niemcami. Urodził się w 1899 roku, wtedy jeszcze wszędzie były Niemcy. Żył w Piekarach, wszystko było niemieckie, umiał więc ten język, co ułatwiło mu porozumiewanie się z Niemcami. Wszyscy byli wtedy dwujęzyczni, czasy były wstrętne, a ludzie musieli sobie radzić na różne sposoby. Ojciec zawsze chciał pracować, otworzyć swój warsztat. Pamiętam, że musiał udowodnić, że w rodzinie nie było żyda, by rozpocząć działalność. Jeździł po całym Śląsku i przyniósł dokument, który to potwierdzał. Pozwolili mu więc otworzyć warsztat. Dzięki temu wyciągał wielu ludzi z obozów pracy, bo pytał Niemców, czy ktoś nie potrzebuje pracy jako krawiec. Miał wielkie umiejętności, technikę i znajomość krawiectwa. Wielu krawców przychodziło do niego po radę. Skończył liczne kursy we Frankfurcie nad Menem, do dziś zachowały się jego dyplomy. – relacjonuje mężczyzna.

Pan Paweł nie miał wielkiego wyboru w wyborze przyszłego zawodu. Musiał mieć fach w ręku, aby szybko znaleźć pracę. Chciał też pomóc swojej rodzinie, a krawiectwo było mu bliskie.

- Mama mówiła, żebym został krawcem. Podkreślała, że będę miał warsztat i narzędzia po ojcu. Bo to była prawda, wszystko miałem. Zdecydowałem się więc na to. Chciałem pomóc mamie, to nie był mój wybór, chęć od zawsze. Musiałem pomóc rodzinie, bieda była wtedy wielka. Taka bieda, jaka była po wojnie, to było coś strasznego, nie do opisania. Chciałem się uczyć, skończyć szkołę średnią, jednak zrobiłem ją w wieku 31 lat, wtedy skończyłem liceum dla pracujących w Rybniku – dodaje.

Pan Paweł doskonale pamięta początki swojej krawieckiej działalności. Jak sam mówi, wtedy było trudno o pracę, po jakimś czasie otworzył własną działalność.

- Zacząłem się uczyć krawiectwa w wieku 15 lat, dopiero wtedy, bo powtarzałem jedną klasę. Rozpocząłem naukę w Niedobczycach. Chciałem nauczyć się, jak nadać lekkości i wdzięku w noszeniu odzieży. Krawiec musi mieć rękę i wyczucie, żeby człowiek dobrze się czuł i dobrze wyglądał w danym ubraniu. Krawiec u którego chciałem się wtedy uczyć, miał te umiejętności, był dobrym fachowcem. Pamiętam, że wtedy nauka trwała 2,5 roku. On powiedział, że mnie dalej nie może trzymać, bo musiałby mnie zgłosić jako czeladnika, a nie było go na to stać. Ja jeszcze chodziłem wtedy do szkoły zawodowej - kontynuuje pan Paweł.

- Pamiętam, że wtedy robiłem wiele rzeczy w domu, próbowałem się przygotować do zawodu. Gdy miałem 19 lat to bardzo trudno było mi znaleźć krawca, który by mnie zatrudnił. Wtedy było ciężko znaleźć pracę, z uwagi na te opłaty skarbowe. Szwagier wtedy zaproponował, że mogę pracować w sklepie elektrycznym jego kolegi - pracowałem tam do momentu, aż poszedłem do wojska. W tamtych czasach to była dla mnie pewna zmiana, ale szybko się odnalazłem, byłem sprytny, szybko się uczyłem. Pojawiały się pierwsze kasy sklepowe, pamiętam, że wysłano mnie na kurs, dawałem sobie radę. Umiałem zauważyć wiele rzeczy, byłem uważny, dlatego jak byłem gdziekolwiek i widziałem, jak ktoś pracuje, to uczyłem się z obserwacji. Patrzyłem, a później widziałem, co zrobić, aby ta praca była lepsza. Po dwóch latach wróciłem z wojska, wtedy wiedziałem, że nie wrócę do sklepu. Tam było za dużo przekrętów w tym czasie. Wielu ludzi kombinowało, to nie było dla mnie - dodaje mężczyzna.

Głęboka woda najwięcej nas uczy

Następnie pan Paweł związał się na stałe z krawiectwem. Próbował wykorzystywać swoje umiejętności. Podkreśla, że w nauce zawodu należy bym trochę pewnym siebie, próbować, a przede wszystkim działać.

- Przyjąłem pracę w spółdzielni im. Pawła Findera z Gliwic, która miała zakład w Boguszowicach na osiedlu, gdzie pracowali moi dwaj koledzy ze szkoły zawodowej. Tam dopiero dostrzegłem, że ja wiem mniej od nich. Był tam dobry mistrz, który znał się na zawodzie. Pamiętam, że kiedyś długo go nie było w pracy, a klienci przychodzili, musieliśmy więc pracować. Przyszedł tam klient, który potrzebował garnitur na wesele i jeden z moich kolegów powiedział, że nie zrobimy go, bo nie ma szefa. Ja powiedziałem wtedy, że go zrobimy, damy radę. Po skończonej pracy okazało się, że klient był zadowolony. Szefowi powiedziałem, że nie boję się krojenia, dlatego zdecydowaliśmy się zrobić garnitur. Nie miał wtedy nic przeciwko - relacjonuje mężczyzna. - Byłem odważny, umiałem też wtedy kroić, miałem 22 lata. Krojenia uczyłem się sam, miałem znajomych krawców, którzy znali też mojego ojca. Oni dali mi zeszyty krawieckie z krojami. Siedziałem w domu i często robiłem wykroje, dla siebie czy dla braci. Potem to zaczęło mi wychodzić. Dlatego wtedy się tego podjąłem. Ja skroiłem marynarkę, spodnie, przymierzałem wszystko. Wtedy też miałem spojrzenie odziedziczone po ojcu – do kroju i do przymiarek. Nigdy z nim nie pracowałem, ale widziałem, umiałem dostrzec więcej od innych. Jak spojrzałem na klientów, to wiedziałem, czego oni mogą oczekiwać, co ja mogę zrobić. Z początku wiele klientów się mnie obawiało, bo wyglądem bardzo młodo, szczególnie jak zrobiłem egzamin mistrzowski – wtedy miałem 30 lat, a wyglądałem o kilka lat mniej. Podszedłem do egzaminu, ponieważ chciałem kiedyś otworzyć swój zakład - dodaje.

Jak wspomina pan Paweł, pojawiało się też wiele trudności w pracy, jednak zawsze starał się dogadać z każdym klientem, podkreśla, że najważniejsza była komunikacja, zarówno ze współpracownikami, jak i z klientami. Czasy były ciężkie, wymagające...

- Zawsze traktowałem poważnie moją pracę, nie obijałem się. Kiedyś pracowałem w firmie kolejowej, gdzie szyło się mundury. Tam poznałem wielu ciekawych ludzi, znajomych ojca. Jak zwolniłem się stamtąd, to pracowałem w Domu Mody Elegancja, która była kiedyś na ulicy Buczka. Przed założeniem swojej działalności spotkałem kolegę, który był stolarzem, który mnie zapytał, dlaczego nie otworzę własnego warsztatu. Następnie w 1974 roku założyłem własną działalność w Chwałowicach. Rzuciłem się więc na głęboką wodę i mając 32 lata, zacząłem działać. Ta samodzielna praca pozwoliła mi się rozwijać, ponieważ sam musiałem podejmować decyzje. Potem miałem wiele uczennic, były lepsze i gorsze, ale okazało się, że ta pierwsza była najlepsza. Do dziś mamy dobre relacje, widujemy się. Zawsze starałem się iść na rękę uczennicom, nie byłem głuchy na ich prośby, bo najważniejsza była komunikacja. Wtedy zdarzali się klienci, którzy przychodzili i chcieli ubrania od razu, bo jechali na wakacje, a dzieci nie miały spodenek – takie były realia, nie było odzieży. Musieliśmy więc pracować szybko, czasem po godzinach pracy. Zawsze uważałem, że jak jest zgoda w zespole, to praca zawsze lepiej wychodzi, tak też było u mnie - podkreśla krawiec.

Krawiectwo dużo mi dało

Dzięki wyjazdom za granicę mężczyzna zdobywał cenne doświadczenie, zauważył, że można pracować inaczej. Podkreśla jednak, że każda praca wymaga czasu, aby wszystko dopracować.

- Krawiectwo dużo mi dało, udało nam się postawić dom, zapewnić dzieciom wykształcenie. W 1980 roku przeprowadziłem się do Rud. Swój warsztat przeniosłem więc do domu. Ludzie nie mieli wtedy samochodów, więc klientów było mniej, nie przyjeżdżali o pracowni. Warsztat w domu miałem do 1994 roku. W międzyczasie wyjeżdżałem do Niemiec, miałem tam kolegę. Byłem tam przez miesiąc i widziałem wielką różnicę w krawiectwie. Technikę krawiecką mają na bardzo wysokim poziomie, dużo się tam nauczyłem, mając blisko 50 lat. Wiele razy tam jeździłem, ostatni raz byłem tam jak miałem 60 lat, później zrezygnowałem, bo nie chciałem zostawiać rodziny na tak długo. Dużo dało mi to, że poznałem, jak tam się pracuje, moje krawiectwo się wtedy polepszyło, zauważyłem, co z czego wynika, wiele różnic. Miarowe spodnie kiedyś w Polsce robiło się osiem godzin, a w Niemczech robili je 17 godzin. U nas marynarkę robiliśmy w 24 godziny, a tam trwało to ponad 50 godzin. To jest różnica, dać czas na dopracowanie każdego szczegółu. Tego w Polsce nie było. Mój ojciec to znał, bo był w Niemczech, wiedział, jak się robi. Krawiectwo w Polsce było wtedy na słabym poziomie. W Rybniku nie ma teraz porządnego krawiectwa, ponieważ nie ma na nie zapotrzebowania, jest wiele tańszych sklepów, a prawidłowe uszycie ubrania pod konkretną osobę, wiąże z większą ceną - relacjonuje pan Paweł.

- Kilka lat przed pandemią szyłem mundur jednemu panu do Bractwa Kurkowego. Zrobiłem garnitur, ten człowiek był zadowolony - widziałem w nim wtedy, że on naprawdę się cieszył, że ma coś dobrze zrobione. Miał bardzo wymagająca sylwetkę, a ubranie nie było wtedy za luźne, ani opięte, on wyglądał dobrze, czuł się swobodnie - o chodzi w krawiectwie, również dziś. Niestety, klienci nie dawali często szans na uszycie dobrego stroju, bo nie byli w stanie zapłacić za tę pracę. Mjusimy jednak pamiętać o tym, że gdy człowiek poświęci więcej czasu na swoją pracę, na uszycie, to musi to kosztować więcej. Ludzie w Polsce za mało zarabiają, żeby dać sobie uszyć porządny garnitur, niestety - komentuje mężczyzna.

Pan Paweł cenił swoją pracę, jednak najlepiej wspomina czas spędzony z rodziną oraz szczęście, którego nie da się zmierzyć żadną miarą. - Po tylu latach uważam, że najprzyjemniejsze jest jednak życie rodzinne, wychowywanie dzieci, obserwowanie, jak rosną, jak się je wychowuje. To dla mnie najpiękniejsze wspomnienia z całego życia, choć krawiectwo było jego wielką częścią od zawsze - kończy naszą rozmowę Paweł Lubos.

Galeria

Image alt Image alt Image alt Image alt
1
Baner reklamowy

Komentarze

  • Kocur Katarzyna 29 października 2022 09:08Krawcy starej daty, których miałam zaszczyt poznać, uczyć się u nich i pracować z nimi. Rybniccy mistrze krawiectwa, rzemieślnicy i koledzy w fachu wspomniany Pan Lubos, Pan Paprotny, P. Buchta, P. Stramecki, P. Madej

Dodaj komentarz