fot. Dominik Gajda
fot. Dominik Gajda

Oczywiście najstarszy browar w regionie, a i bijący się o palmę pierwszeństwa w Polsce, jest ten położony na terenie Zamku Piastowskiego w Raciborzu. Nie oznacza to bynajmniej, że inne miasta Subregionu Zachodniego mają się czego wstydzić, jeśli chodzi o to, czy warzono w nich piwo. Był browar i w Wodzisławiu Śląskim i w Rybniku. W tym ostatnim było ich nawet kilka. Jednak największą sławą i najlepszą reputacją cieszył się browar należący do żydowskiej rodziny Mullerów. Dzisiaj Rybnik chwali się historią i nie może być inaczej, bo przecież browar jak nic innego spaja w jedno wczoraj i dziś. W ruinie warzelni piwa bowiem ulokowało się dzisiejsze centrum handlowe miasta o wdzięcznej nazwie Fokus. I właśnie na pierwszym piętrze galerii odbyło się spotkanie mające na celu upamiętnienie piwnej tradycji miasta. Gośćmi specjalnymi tego wydarzenia były dwie niezwykle kobiety. Pierwsza z nich to córka pierwszego powojennego dyrektora browaru Stanisława Popowicza Ewa Maćkowiak, druga natomiast to Małgorzata Płoszaj, entuzjastka historii Rybnika i autorka książki "Piękni i młodzi". Obie panie to prawdziwe krynice wiedzy o stolicy regionu, obie mają również wyjątkowy dar krasomówstwa. Prawdziwą gawędziarką jest zwłaszcza pani Ewa, która zna chyba wszystkie tajemnice browaru. W czasie otwarcia wystawy poświęconej rybnickiemu światu piwa zdradziła nawet, że jej ojciec, pomimo że pełnił swoją funkcję do początków lat 60., w ogóle nie pił bursztynowego napoju. Dopiero gdy bracia pani Ewy byli już dojrzałymi mężczyznami, odważyli się mu zaproponować butelkę zimnego trunku. Dyrektor miał wtedy powiedzieć: "Boże, jakie to dobre. Ja nie wiedziałem": Ewa Maćkowiak przypomina sobie, że jej tato był wtedy koło siedemdziesiątki. Ona sama nazywa siebie oraz swoich rówieśników, którzy pomieszkiwali okolice warzelni "browarnymi dziećmi". I rzeczywiście, sama przyszłą na świat właśnie w siedzibie rodu Mullerów, w kamienicy, która należała do tej części miejskiej burżuazji. Sięgając pamięcią do czasów swego dzieciństwa, wspomina -  Urodziłam się dosłownie w browarze, w mieszkaniu rodziców. Dopiero później po mnie 2 lata, urodziła się jeszcze siostra, ale już w szpitalu na Juliuszu. Mieszkaliśmy tutaj – ja 20 lat – a rodzice wyprowadzili się gdzieś z początkiem 1973 roku. 

Dzieciństwo z browarem w tle

Do opisu mieszkania wraca z sentymentem. Nic dziwnego, bo było to iście fabrykanckie lokum. Ponad 100 metrów kwadratowych, gdzie można było się bez przerwy bawić, sześć pokojów, przedpokoje, kuchnia, spiżarnia, łazienka, dwie toalety. Nie było to jednak całe królestwo pani Ewy, bo przecież przed nią i przed jej kolegami i koleżankami rozpościerał się jeszcze ten ogromny świat samego browaru. Jak sama wspomina - To było szczęśliwe dzieciństwo. Po całym terenie browaru biegaliśmy, wszystkie zakamarki mieliśmy opanowane, łącznie z budynkami. Czasami wolno nam było nawet wpaść do biur, ale to tylko dosłownie tak przelecieć. Nikt nas nie przeganiał, bo wiedzieli, że niczego nie zniszczymy. Dla nas to były fajne miejsca do chowania się, biegania. W jednych piwnicach były kryształowe lampy zdjęte z mieszkania, bo ona niczego po Mullerze nie chciała, to cała czereda była sprowadzana, zdejmowaliśmy kryształowe wisiorki, żeby grać w kamyki. Na słodowni były sypane pryzmy z jęczmienia, które były polewane wodą. Uwielbiałam przez okienko oglądać, jak takimi wielkimi łopatami mieszają zboże. Na końcu budynku spadały odpady, tzw. młóto, które było gorące. Myśmy po tym ganiali na bosaka. W pamięci utkwił mi rower, który dostałam na gwiazdkę. Musiałam się nim jednak dzielić ze starszymi braćmi. Do końca marca zniszczyliśmy ten rowerek prawie dokumentnie, bo jeździliśmy po mieszkaniu i niestraszne nam były żadne progi. Pod koniec marca tata dał rowerek swojemu kierowcy, żeby go naprawił i przekazał swoim dzieciom. I pewno dlatego do tej pory na rowerze nie jeżdżę, bo po prostu się nie nauczyłam 

Do browarnego towarzystwa należała również familia Wyrozumskich i Faligów. W drugim budynku przy ulicy Zamkowej, który kształtem przypomina literę "L" był zamieszkany przez Szymerów, Sziszków, Słonków, Wojaczków, Madejów. W mniejszym budyneczku mieszkali Olesiowie. A od Rynkowej druga rodzina Sziszków oraz Reclikowie, którzy mieli najlepsze podwórko, bo był na nim komin.

"Robotę wziąłem sobie sam"

Ta podróż w przeszłość to wędrówka z postacią pierwszego dyrektora browaru po wojnie, jakim był Stanisław Popowicz. Ten ostatni w opowiadaniu Ewy Maćkowiak jawi się jako jeden z pionierów na Górnym Śląsku. Człowiek, który na swoje stanowisko zapracował własną ambicją. W czasie pewnej rozmowy z córką powiedział jej, że tę fuchę sam sobie wziął. Miał zresztą ku temu świetne predyspozycje. Był doskonale wykształcony. Na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie ukończył prawo. Później jako przesiedleniec udał się do Bytomia, gdzie miał pracować w Urzędzie ds. Repatriacji, ale koniec końców przeniósł się do Rybnika, gdzie został menadżerem jednego z największych zakładów w mieście. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Za potwierdzenie początków kierowania fabryką piwa niech będzie legitymacja, na której widnieje data sierpień 1945. Ewa Maćkowiak wspomina: - Nie było wtedy inteligencji, więc człowiek, który miał wyższe wykształcenie sprzed wojny (absolwent prawa Anno Domini 1936), został od razu zatrudniony wraz ze swoim przyjacielem Mieczysławem Hoszowskim w Bytomiu. Jego kolega zresztą też nie zagrzał miejsca w tym urzędzie, bo okazało się, że nowa władza potrzebuje wykładowców akademickich na Politechnice Śląskiej. Tata przyszedł do Rybnika. Remontował to mieszkanie. To trwało długo, bo mama się sprowadziła dopiero w 1948 r. 

Skarb Mullera

Jak każdy stary dom po przedwojennych fabrykantach także kamienica browarników miała swoje historie do opowiedzenia. I jak w każdym starym domu, jedna z tych historii musiała mieć za przedmiot skarb. Ewa Maćkowiak przytacza tę anegdotę z uśmiechem. W opowieści jest kilku bohaterów, ale na plan pierwszy wysuwa się mama pani Maćkowiak, która stała się ofiarą rodzinnego żartu. Autorem dowcipu był jej brat Antoni. Wykorzystał on wiedzę o tym, że jeden z robotników, którzy remontowali mieszkanie Mullerów porzucił pracę i zaczął prowadzić bardzo wystawny tryb życia. Miał to być pierwszy odkrywca zaginionego skarbu przedwojennego piwowara. Antoni jednak przekonał siostrę, że nie mógł to być jedyny skarb znajdujący się w mieszkaniu, bo żydowski fabrykant na pewno podzielił swój majątek. Wskazał jej również, że w mieszkaniu są różnice poziomów, co sugerowało, że mogły się tam znajdować różne skrytki. Dyrektorowa zaczęła na własną rękę przeszukiwać mieszkanie, a nawet wiercić dziury w poszukiwaniu schowka z ukrytym bogactwem. Niestety jedynym rezultatem były ubytki w ścianach. Dzieci z nieukrywaną satysfakcją jeszcze wiele lat później przypominały rodzicielce o urojonym skarbie. - Gdy spadła jakaś łyżeczka, mówiliśmy, "Mamo, posłuchaj, jaki głuchy dźwięk", ona wtedy wybuchała śmiechem. Nie jest to jednak koniec historii. Po 30 latach pracowałam na rogu ulicy Rynkowej. Poznałam wówczas takiego pana, który sam o sobie mówił, że jest bioenergoterapeutą. Chwalił się, że potrafi poszukiwać przedmioty, które są ukryte przed ludzkim wzrokiem. Zasugerował mi wtedy, że w budynku wciąż jest coś schowane. Poprosiłam, żeby wskazał skrytkę. On uściślił wtedy, że chodzi o jedną ze ścian, gdzie znajduje się przedmiot o długości metra i mającego kształt tuby. W tej tubie niby miały się znajdować jakieś dokumenty.

Hej, szklankę piwa...

Bursztynowy napitek w wielu okolicznościach stawał się częścią miejskiego życia. Jeden z kolegów pani Ewy, który pracował w magistracie, powiedział jej, że do dyrektora browaru udała się delegacja radnych miejskich. Powoływali się na stare prawa i domagali się kwaterki piwa jako pewnego rodzaju przywileju. Piwo zresztą było również wydzielane pracownikom zakładu jako deputat. Jako deputat służył także inny napój, tyle że biały - mleko. Gospodarstwo było w miejscu, gdzie obecnie znajdują się wieżowce. Tam stały stajnie i obory. Krów było stosunkowo dużo. Jeśli był ubój, to robotnikom również przypadała jego część. Atmosfera w ogóle była dobra, a ojca wspominano miło. Jeszcze wiele lat po tym, jak zakończył swoją pracę w browarze, na ulicach mu się kłaniano.  

Komentarze

Dodaj komentarz