post image
Pogrzeb Szymona Kuniny.

Do kościoła w Jastrzębiu-Ruptawie, z powodu ograniczeń epidemicznych, mogły wejść tylko 43 osoby, więc wiele osób stało na zewnątrz. Była młodzież ze sztandarem szkoły - Szymon był uczniem Zespołu Szkół nr 2. Byli koledzy z boiska - chłopak był piłkarzem GKS-u Jastrzębie, a ostatnio grał w Unii Turza Śląska. Jeszcze razem zagramy - napisali na szarfach.

Nad grobem głos zabrał m.in. przyjaciel Szymona z boiska i ze szkolnej ławy.

- Kunia na boisku, tak jak i w życiu codziennym był zawsze uśmiechnięty. Czy wygrywaliśmy, czy przegrywaliśmy uśmiech nigdy nie znikał z jego twarzy. Z Szymonem znaliśmy się bardzo dobrze, ale jeszcze bardziej zbliżyły nas wspólne sześć lat w jednej klasie. Tego, co razem przeżyliśmy, już nikt nam nie zabierze. Chciałbym, żeby Kunia na zawsze został w naszej pamięci jako pozytywny, zawsze uśmiechnięty wariat. Cieszmy się każdą chwilą, każdym dniem, bo nigdy nie wiemy, kiedy przyjdzie ten ostatni - mówił. 

Były jeszcze bardziej osobiste wyznania.

- Dziękuję jego rodzicom, wychowaliście go na osobę jedyną w swoim rodzaju. Nie ma słów, by opisać, jak bardzo by był wam wdzięczny. Chciałabym podziękować dziadkom, na których zawsze mógł liczyć, byliście dla niego jak drudzy rodzice (…). Szymon nie był gadatliwą osobą, ale jak już coś powiedział i dorzucił ten swój uśmiech, serce rozpływało się w momencie. Był w stu procentach sobą i nie udawał nikogo. Miał wiele szalonych pomysłów i był odważny, chociaż na wszystkich kolejkach górskich piszczał głośniej niż niejedna dziewczyna.

Był wrażliwy i empatyczny, dbał o mnie, a ja o niego. Nieważne, czy byłam w Anglii, czy w Polsce - zawsze mogłam na niego liczyć. Pamiętam, jak byłam w Anglii i oglądałam jakiś straszny film i bałam się zasnąć. Zadzwoniłam do Szymona około godziny 10 i rozmawiałam z nim aż do czwartej rano. Czekał aż zasnę. Szymon nie był zbyt wylewny. Kiedy wróciłam na święta z Anglii, powiedział mi: tęskniłem. Byłam w szoku, wyszły mi łzy, bo rzadko mówił o swoich uczuciach… Nie musiał mi mówić, że mnie kocha, wiedziałam to po sposobie, w jaki na mnie patrzył.

Był, jest i będzie najważniejszą osobą w moim życiu. Kocham go i chcę go pamietać uśmiechniętego, wesołego i zwariowanego do końca życia - słyszeliśmy z ust jego przyjaciółki.

Ksiądz Bogusław Zalewski w czasie kazania zauważył, że spotykamy się na początku kolejnego roku naszego życia, kiedy w naszych domach, w kościołach są jeszcze choinki, jest stajenka betlejemska, śpiewamy kolędy, wpatrujemy się w nowonarodzonego Bożego Syna.  

- Myślimy o tajemnicy narodzenia. I oto w tym czasie spotykamy się na uroczystości pogrzebowej. I możemy w takim momencie zobaczyć, jak bardzo blisko siebie są narodziny i śmierć - mówił kapłan.

- Jest takie niebezpieczeństwo, że człowiek bardzo młody myśli: mnie to nie dotyczy, to bardzo odległa perspektywa, o której absolutnie nie warto myśleć. Wszyscy jesteśmy śmiertelni - zauważał ksiądz.

Dodawał, że ludzie życie jest bardzo kruche i zawsze, niezależnie od wieku, za krótkie.

Podkreślał, że nasze życie nie należy tylko do nas, a również - o ile nie bardziej - do Boga, do bliskich. 

- Śmierć uczy, że szkoda każdej chwili przeżytej w złości, w niechęci, która jest przeżyta obok Pana Boga lub wbrew Niemu (…) Czuwać to być również przygotowanym na spotkanie ze złem, z tym, co próbuje nas zniszczyć, co próbuje odebrać nam godność, co próbuje nas zdegradować w naszym człowieczeństwie - powiedział proboszcz ruptawskiej parafii.
 

Komentarze

  • kszksz ...Siostra a nie przyjaciółka*

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.