20013907
20013907


Lotnictwo było jego pasją od podstawówki. Kurs w rybnickim aeroklubie był pierwszym etapem jej realizacji. Został skierowany na badania, przeszedł je pomyślnie. Na zajęcia jeździł po szkole przez całą zimę 1977/78 z Jastrzębia Zdroju. Opłaciło się, w gronie 20 spośród wszystkich kursantów został dopuszczony do latania szybowcem. Pierwszy samodzielny lot odbył w maju 1978 roku. Do końca liceum wszystkie wakacje spędzał na lotnisku, latał na „Bocianie” – standardowym szybowcu treningowym. Jak wspomina, wielu na tym etapie swojej kariery pilota zaczyna latanie sportowe. Jego to nie pociągało: - Mnie interesowało latanie komunikacyjne.Im bliżej było do matury, tym mocniej zastanawiał się na wyborem dalszej nauki. Wówczas najbardziej prestiżowa wśród lotników była szkoła w Dęblinie, dofinansowywana przez Ministerstwo Obrony Narodowej. Eugeniusz myślał jednak o lotnictwie cywilnym. W tym wypadku w grę wchodziły dwie placówki: Politechnika Rzeszowska, przygotowująca kadry dla LOT-u i kierunek agrolotnictwa na Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie. Wybrał tę drugą:- Zdecydowałem się na nią, ponieważ interesowała mnie również biologia i chemia. Dodatkowo, akademia szkoliła kierowników lotniczych baz eksportowych dla współpracującego z nią Zakładu Usług Agrolotniczych, który właśnie rozwijał działalność w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Perspektywa pracy za granicą była kusząca.Po 1 roku studiów studentów wysłano byli na podstawowe szkolenie do urokliwego ośrodka w Kętrzynie na Mazurach. Zajęć było tyle, że jeziora podziwiali z lotu ptaka, w dzień i w nocy. W 1984 roku Eugeniusz Piechoczek miał już uprawnienia pilota turystycznego i zawodowego.Pierwsza praca dała szansę na powrót z Olsztyna w rodzinne strony, do Rybnika, gdzie akurat tworzyła się lotnicza baza leśna do gaszenia pożarów lasu. Byłą pierwszą tego typu w kraju. Piloci dostali wtedy do dyspozycji absolutną nowość polskiej myśli technicznej – samolot M-18 „Dromader”. Pan Eugeniusz latał jeszcze na dwusilnikowych „Morawach”, przeznaczonych do patrolowania.- Na początku rewelacja, ale z czasem ... Ta sama trasa pokonywana 2 razy dziennie, od 15 marca do 15 października, również w weekendy. Człowiek się „najadł”.Zaczął szukać czegoś innego. Jak mówi, zawsze pociągały go śmigłowce. Po uzgodnieniach z przedsiębiorstwem, w którym pracował, doprowadził do podpisania kontraktu z energetyką na patrolowanie linii wysokiego napięcia. Jego pracodawcy, widząc, że dzięki temu mają większe zyski, wysłali w nagrodę p. Eugeniusza na kurs lotnika śmigłowcowego. Licencję zdobył w 1987 roku.- Helikopter może zawisnąć w miejscu, wylądować na małym skrawku terenu, jest tak samo szybki i ma podobny zasięg do samolotów, którymi latałem, a można schodzić i na mniejsze wysokości – tak tłumaczy zainteresowanie śmigłowcami.Pod koniec lat 80. przesiadł się na czeskie Turbolety. Były to samoloty dyspozycyjne, krótkodystansowe. Zabierały na pokład 19 pasażerów. Miały doskonałe, jak na owe czasy, wyposażenie, m.in. amerykańską awionikę. Jeszcze dziś ten sprzęt jest całkiem dobry. Wówczas latanie na Turboletach stanowiło nie lada atrakcję.P. Eugeniusz odbywał nimi kursy po Europie. Postanowił znaleźć sposób na pokonanie Atlantyku. Powodów było kilka. Po pierwsze Czesi chcieli sprzedać samolot w Ameryce. Nie można było tego zrobić bez przetransportowania maszyny do potencjalnych klientów. Turbolety miały tę wadę, że nie dało się ich zdemontować i przewieźć w częściach. Od 3 lat ich oblatywacze próbowali znaleźć sposób na pokonanie oceanu. Trasa jest trudna ze względu na niekorzystne wiatry – z tego samego powodu lot z Ameryki do Europy nie stanowi problemu. P. Eugeniusz wszystko przeliczył i skalkulował. Wytyczył trasę z Katowic poprzez Szczecin, Bergen w Norwegii, Wyspy Owcze, Islandię, półwysep Labrador w Kanadzie, jeszcze jeden postój w tym kraju, potem już w U.S.A.: Chicago, Nashville i Houston. Największy kłopot był z przelotem z zachodniej Grenlandii do Labradoru, którego dystans był na granicy zasięgu samolotu.Podróż miała też wymiar prestiżowy, byłaby pierwszą dokonaną przez polskiego pilota samolotem krótkiego zasięgu od czasów Henryka Skarżyńskiego, który popisał się takim wyczynem przed II wojną światową.Przelot trwał z przystankami 10 dni. P. Eugeniusz potraktował wyprawę turystycznie, zwiedzając wszystkie okolice, w których zatrzymywał się na międzylądowania i uzupełnienie paliwa. Przelot, przeszedł bez echa, bo w tym samym czasie w Polsce wybuchła głośna afera finansowa, za którą stała firma, która organizowała podróż Turboletem do U.S.A.Eugeniusz Piechoczek w 1992 roku poleciał do Stanów Zjednoczonych na szkolenie na Boeingu 707 – transportowcu, którego maksymalny ciężar przy starcie może wynosić 160 ton. To największy samolot, którym sterował Piechoczek w swoim życiu. Latał nim na Madagaskar, widział Kilimandżaro o wschodzie słońca. Jak mówi, takie widoki rekompensują wszystkie wyrzeczenia. Do tych należała przede wszystkim rozłąka z rodziną, w domu był gościem. Nie chciał, aby ta sytuacja przeciągała się i w 1993 roku zrobił kolejny zwrot – „osiadł” na lotnisku w Katowicach - Pyrzowicach. Przez ostatnie 2 lata, dokładnie do lipca br. roku, był dyrektorem tego portu lotniczego. 16 lipca został powołany na dyrektora portu Warszawa – Okęcie:- Dzwonił do mnie wcześniej minister Widzyk i pytał czy przyjąłbym tę posadę. Potraktowałem propozycję jako kolejne wyzwanie.W domu znowu bywa gościem, do Pawłowic przyjeżdża tylko na soboty i niedziele. A rodzina? Mówi, że zawsze trzeba znaleźć kompromis.
Baner reklamowy

Komentarze

Dodaj komentarz