post image

W drugiej połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku przez dwa kolejne lata na łąkach koło przysiółka Piekucz (Żory-Baranowice) pojawiała się niezliczona ilość grzybów. Choć zbieraczy było sporo, grzyby wciąż odrastały i można je było zbierać aż do późnej jesieni. Niektórzy bardziej wygodni zbieracze zaopatrywali się w kosy, miechy i płachty na siano, do których potem ładowali zebrane grzyby. Żeby wywieźć je z podmokłych, podleśnych łąk używali tragaczy (rodzaj drewnianej taczki). W te wspaniałe lata zbierano tylko prawdziwki, zaś grzyby innych gatunków (także tych jadalnych) często niszczono. Choć należało je pozostawić, bo mogły one stanowić pożywienie dla leśnej zwierzyny. W jakim celu to robiono trudno dziś dociec. Najprawdopodobniej ze zwykłej ludzkiej zazdrości. Zdaniem starszych mieszkańców pobliskiej wsi Baranowice był to nieomylny znak, że niebawem nadejdą czasy, kiedy ludzie będą niszczyć jedni drugich. W tym czasie miało też miejsce pewne wydarzenie, które ludzi w tym przekonaniu utwierdziło.
Łąki na Piekuczu koszono zazwyczaj dość późno, bo teren był torfiasty i często zalany wodą. Kiedy gdzie indziej siano zwożono już do stodół, to na Piekuczu sianokosy dopiero zaczynano. Historię, którą chcę tu opowiedzieć, słyszałam od mojego taty, który był synem baranowskiego leśnika.
Słoneczko przygrzewało już od rana, a dzień zapowiadał się spokojnie, bo na niebie nie było ani jednej chmurki. Jednym słowem wymarzona pogoda na sianokosy. Trzynastoletni Hubert włożył do dwóch koszy obiady, które jego mama przygotowała, dla osób pracujących na łące. Wsiadł na stary rower ojca i pospiesznie pojechał pod las. Bo jego matka chciała, żeby obiad został zjedzony, kiedy był jeszcze ciepły. Jednak kośnik wyraźnie się temu sprzeciwił, bo jak twierdził chwile wcześniej zobaczył nad lasem Baraniok malutką czarną chmurkę, a jego starka zawsze mówiła, że jak się tam mroczy, to będzie ulewa, dlatego zamierzał jak najwięcej skosić, zanim to nastąpi! Hubert nie był zachwycony takim obrotem sprawy, bo w domu obiecano mu, że jeszcze może sobie godzinę pojeździć na rowerze po wsi. A tym czasem miał stracić taką wspaniała okazję, czekając aż umieszczone w koszykach garnki będą puste. Nie minął nawet kwadrans, kiedy niebo gwałtownie pociemniało i zaczął padać rzęsisty deszcz. Kobiety porzuciły grabie i pobiegły ukryć się pod leśnymi drzewami. Po chwili deszcz lał już jak z konewki. Nie namyślając się dłużej, kośnik wbił kosę drewnianym styliskiem do ziemi i pognał za nimi, ale jeszcze nie zdążył do nich nie dobiec, kiedy w kosę trafił piorun. Rozbłysło niesamowite światło, a kosa przeleciała około czterdziestu metrów i za jednym zamachem ścięła prawie dwumetrowy krzak kaliny, rosnący nad rowem melioracyjnym. Za chwilę owa letnia burza się skończyła i na bezchmurnym niebie ponownie rozbłysło słoneczko. Choć zaraz wszczęto poszukiwania, metalowej części kosy nie udało się jednak odnaleźć, a wśród pokosów trawy leżało tylko okopcone, drewniane stylisko.
Starzyk Dubielok, który często w pobliżu tej łąki wypasał swoje krowy i był świadkiem całego zdarzenia, rozpłakał się nagle i zaczął lamentować! Kobietom nie udało się go uspokoić, bo ciągle powtarzał:
– Ludziczki roztomiłe, ludziczki roztomiłe, wojna bydzie, wojna bydzie, popatrzcie se, jaki mody krzok kosa ściyna, wiela modych poginie, jo już to wiedzioł łońskigo roku! Pamiyntocie wiela prawych grzibów sam na tych łonkach było? Kosom ich ludzie siykli...To je zły znak, to je zły znak .. Tak tyż było przed piyrszom wojnom... to je zły znak...
Nikt mu nic nie odpowiedział, ale wszystkich ogarnął niewytłumaczalny smutek. W tym dniu nikt już nie miał ochoty do pracy. Wszyscy ze spuszczonymi głowami rozeszli się do domów.
Starzykowe proroctwo spełniło się za dwa lata, w roku 1939, ale starzyk już tych strasznych czasów nie dożył.

Komentarze

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.