post image
Pan Darek z mamą Janiną. Pomaga rodzicom jak może, ale nie jest w stanie wszystko sfinansować / Dominik Gajda

- Syn robi, co może, żeby nam pomóc. Naprawił strop, żebym w ogóle mogła tu mieszkać i czekać na męża... - mówi przez łzy pani Janina (64 lata).

- Ale dom to jedno, ja mam oparzenia 3 stopnia ręki, mój mąż Andrzej (68 lat) 3 i 4 stopnia, leży na oparzeniówce w Siemianowicach. Miał przeszczep skóry, który się nie przyjął, strasznie cierpi... - płacze kobieta.

Dramat wydarzył się 25 maja w ich domu przy ulicy Wodzisławskiej. - Było po godzinie 15. Wyprałam pranie, było mi zimno. Powiedziałam do męża: Andrzejku, idę ogień zrobić. Potem zajęłam się swoją robotą, mąż swoją. W końcu zaparzyłam kawę, usiedliśmy w kuchni. Wtedy zaczęło coś bulgotać. Zapytałam męża: nie gotuje nam się woda? Zeszliśmy razem do piwnicy. On szedł pierwszy, ja za nim. Nagle usłyszeliśmy wielkie BUM - relacjonuje kobieta.

W jednej chwili w piwnicy było siwo od dymu, małżonkowie nic nie widzieli, nie potrafili oddychać, wydostać się z piwnicy. - Andrzej powiedział do mnie: teraz sobie tu babeczko umrzemy - płacze kobieta.

Szarpała go w stronę piwnicznego okienka. Resztkami sił dostali się pod nie. Pan Andrzej podsadził żonę, ona próbowała wdrapać się w górę. Krzyczała: Ratunku! Pomocy! Usłyszał ją sąsiad, który był na ogrodzie. Słyszał wybuch, ale nie wiedział co i gdzie się stało. - Wołałam do niego: Ratuj mi Andrzeja - opowiada kobieta.

Sąsiad przeskoczył przez dwa płoty, dostał się do środka i wyciągnął małżonków. - Myśleliśmy, że jesteśmy brudni, z sadzy. Tego bólu nie czułam. Skórę zerwałam i dalej tyraliśmy, wodę zakręcić, prąd wyłączyć. Kiedy syn przyjechał, przejął wszystko. Mąż w łazience zaczął się rozbierać. Syn, kiedy go zobaczył, od razu powiedział, że trzeba wezwać pogotowie - opowiada pani Janina.

- Kiedy ich zobaczyłem, włosy dęba mi stanęły. Zadzwoniłem po pogotowie - opowiada pan Darek.
Na Wodzisławskiej wylądował śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Zabrał pana Andrzeja do Siemianowic, panią Janinę opatrzono w szpitalu w Rybniku.

W międzyczasie syn wszedł do piwnicy. - Tam nic nie było widać. Słyszałem tylko, że leci woda, bo wszystko było rozwalone. Nawet główny dopływ wody. Jeszcze był ogień, wody po kostki, więc tą wodą piec zagasiłem - relacjonuje.
Na miejsce przyjechała straż pożarna oraz inspektor nadzoru budowlanego. Odcięto wszystkie instalacje. Siła wybuchu była tak duża, że strop dźwignęło 10 centymetrów. Inspektor stwierdził, że trzeba go naprawić, bo grozi zawaleniem.

- Pierwszego dnia mama była u nas, drugiego zaczęliśmy działać. Wywiozłem gruz, zrobiliśmy prąd, wodę, zabezpieczyliśmy strop. Inspektor stwierdził, że może to tak być, że jest bezpiecznie - relacjonuje pan Darek.

Na portalu zrzutka.pl uruchomił zbiórkę. W niedzielę przed południem na jej koncie było 14 802 zł.
Link do zbiórki: https://zrzutka.pl/7353wd?utm_medium=social&utm_source=facebook&utm_campaign=sharing_button&fbclid=IwAR005xx-ricbWjOTYO1Sv-Oq0UidwvgqkCTX9juAa9a8wyGcZNXeP3bKkVM


- Szczęście, że mamy takiego syna, synową, wnuki. Co byśmy bez nich zrobili - płacze pani Janina. - Jesteśmy 46 lat po ślubie, odziedziczyłam dom po rodzicach. I takie coś teraz nas spotkało...

Galeria

Image alt Image alt Image alt Image alt Image alt Image alt

Komentarze

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.