post image
Ania Kania.

Nie mogę spać. Słyszę dudnienie w uszach. Oddech odbija się echem od wnętrza ciała. Potęguje się w głowie. Huczy. Hałas nie potrafi się wydostać. Nie ma jak. Nie ma ujścia. Wszystkie otwory są zaciśnięte. Usta, nos, powieki, uszy. Wbijam twarz w poduszkę, rozchylam zdrętwiałe wargi. Chciałabym zapłakać. Chciałabym, aby poniósł mnie szloch. Uwolnił, poluźnił napięcie, zelżał chociaż odrobinę. Ale tu nie ma miejsca na płacz. Nie ma, bo wszystko zajęła furia. Więc zamiast płaczu, w syntetyczny puch uderza krzyk. Zduszony szał rozchodzi się wokół i wibruje. Zniekształca przedmioty. Rozmywa kontury.

Jak ona mogła? Jak ona mogła mi to zrobić? Jak mogła pozwolić na to, żeby ktokolwiek stanął między nami. Było przecież tak dobrze. Nigdy nie było lepiej. Nigdy nikt nie rozumiał mnie tak, jak Dobrawa. Zaprosiła mnie do swojego życia. Pozwoliła mi uwić gniazdo wokół siebie, trzymać głowę na swoim ramieniu, wdychać powietrze, które owiewało jej skórę… a później, tak po prostu mnie zostawiła.

Zaraz po przyjeździe z Sadów Dobrawa wymówiła się bólem głowy. Chciałam pomóc, być przy niej. Jednak uznała, że poradzi sobie sama. Zgodziłam się, ale teraz myślę, że popełniłam błąd. Nie powinnam jej pozwalać na to, aby oddaliła się ode mnie, szczególnie jeśli w ostatni wieczór stanęłyśmy nad przepaścią. Trzeba było ją przytrzymać, zmusić kolejny raz do chwycenia mnie za rękę. Mogłam zagrać atak paniki i tak jak zawsze zamknąć ją w swoich ramionach. Nie puścić. Ale tym razem jej oczy były inne. Chłodne i ciche. Podmuch wiatru zawirował w jej włosach, uniósł je i przez chwilę miałam wrażenie, że kosmyki czarnych pukli syczą w moją stronę. Spuściłam wzrok. Bałam się, że zmieni mnie w kamień. Idiotka! Jak można się bać takich rzeczy? Przecież nic złego, by się nie stało, gdybym się sprzeciwiła. Prawda? Oczywiście, że prawda! Tylko ja mogłam spanikować w takim momencie.

A teraz, Dobrawa nie odbiera ode mnie telefonów. Na smsy reaguje, jednak jej ton jest zdystansowany, a odpowiedzi są jakby wybrakowane. Na prośby, błagania i pytania, otrzymuję jedynie lakoniczne, wybiórcze odpowiedzi, które nie dają mi nawet opcji zaczepienia.

"Potrzebuję czasu", " …przestrzeni…", "Lepiej będzie jeśli…."

Nie przeczytałam tego smsa. Wykasowałam go. Nie chciałam widzieć, co było po "jeśli". A teraz nie mogę nawet sprawdzić, jaka wizja "nas" kwitnie teraz w głowie Dobrawy. Kretynka ze mnie! Panika drugi raz w ciągu kilku dni odebrała mi przejrzystość myślenia i sprawiła, że podjęłam decyzję, która stanęła mi ością w gardle. Cóż za niespodzianka? Czyż nie wydarzyło się to już wcześniej? Na przykład za każdym razem, kiedy traciłam kolejną miłość swojego życia. Za każdym pieprzonym razem, panika wkradała się w moją duszę i pociągała za sznurki doprowadzając do katastrofy.

Układam się w łóżku, ale żadna pozycja nie jest właściwa. Odrzucam kołdrę. Nic nie jest tak, jak powinno. Mieszkanie obok wypełnia cisza. Nawet nie wiem czy ona tam jest. Wczoraj była. Jestem pewna. Słyszałam jak drzwiczki szafki ze szkłem kłóciły się ze szklankami. Przestrzeń dźwięczała. A później wszystko zamilkło. Nawet teraz nic nie słychać.

A może coś jej się stało? Może Dobrawa potrzebuje pomocy? Może zasłabła. Ten ból głowy… wspominała, że źle się czuje.

Maszeruję w stronę kuchni i salonu, przemierzam po ciemku korytarze. Drzwi na balkon są uchylone, więc wymykam się w chłód nocy. W środku dnia nie odważyłam się na ten ruch, ale teraz, kiedy ciemność przykrywa nieostrożność, łatwiej mi się zdecydować. Miękkie skarpety tłumią dźwięk na styku stopy i metalowej barierki oddzielającej nasze balkony. Prócz determinacji, nie trzeba wiele, aby się przedostać na drugą stronę. To tylko drugie piętro. Szoruję policzkiem o tynk bloku. Nierówna struktura budynku szarpie się z każdym centymetrem ciała jaki do niej przyciskam. Stojąc w cudzej przestrzeni czuję się jak złodziej. Kradnę prywatność. Naciągam na głowę kaptur. Bluza jest ciemna, więc wspiera mnie w ślizganiu się po mrocznych zakamarkach małej przestrzeni. Kuląc się w kącie, przeczesuję wzrokiem ciemne pomieszczenie za taflą szyby. Ciężko mi cokolwiek wywnioskować. Salon wygląda jak zawsze. Wszystkie struktury, miękkie i kanciaste, przykryte są nocną tajemnicą. Nie widzę detali. Nie rozpoznaję kształtów, które pozwoliłyby mi rozwiązać zagadkę obecności Dobrawy: papcie na podłodze, szklanka na blacie stołu, koc rzucony niedbale w kąt kanapy. Nieśmiało dotykam framugi. Nie wiem co dalej. Nie przyszłam tu po to, aby się włamywać, ale jeśli jest to jedyna opcja, aby sprawdzić czy z Dobrawą wszystko OK... Nabieram powietrza w płuca, zanim decyduję się pchnąć framugę. Delikatny nacisk nie wywołuje zamierzonego efektu, ale potwierdza, że drzwi nie są zamknięte. Tafla szkła ugina się pod kolejnym naciskiem i z cichym szelestem wsuwa się w środek mieszkania. Natychmiast wykorzystuje moment i przekraczam próg mieszkania. Dywan salonu tłumi moje kroki. Nie marnuję czasu na analizowanie zawartości pokoju, od razu kieruję się do sypialni. Oddycham z ulgą, kiedy widzę kobiecą postać okrytą puchową narzutą. Dobrawa głęboko śpi. Jej czoło przykrywa bawełniany ręczniczek, który jeszcze kilka godzin temu musiał dawać ulgę zmęczonym oczom. Na półce obok łóżka stoi szklanka wody i trzy opakowani tabletek z niechlujnie wyciśniętymi aluminiowymi blistrami. Kilka tabletek leży luzem na blacie, kilka dostrzegam w długim włosiu baraniej skórki na podłodze. Moja stopa uderza w mały słoiczek, który wprawiony w ruch obraca się prężnie wokół własnej osi, przy okazji wysypując na podłogę kolejną porcję leku. Zerkam z obawą na Dobrawę. Nie rusza się. Śpi.

- Dobi? - sprawdzam jak głęboko pochłonął ją przeciwbólowy odlot.

Siadam na łóżku. Mój ciężar ugina materac i sprawia, że ciało Dobrawy porusza się nieznacznie.

- Dobi? - tym razem kładę rękę na jej ramieniu i potrząsam nią nieco mocnej niż wymagałaby tego sytuacja. Z moich ust wydobywa się parsknięcie. Sama nie wiem jak je zinterpretować. Sięgam do półki i otwieram pierwszą szufladę. Od razu trafiam na telefon. Znam kod. Usuwam blokadę. Aparat jest wyciszony. Kilkanaście nieodebranych połączeń. Wszystkie oznaczone tym samym opisem: Ramona Bednarczuk. Tak po prostu. Zwyczajne imię i nazwisko. Oficjalna wersja, bezosobowa forma pozbawiona jakiejkolwiek intymności, wymazująca relacje, niszcząca nadzieję. Najbliższa memu sercu osoba, wpisała w szczegółach mojego kontaktu: "sąsiadka". Zaciskam wargi, aby nie pozwolić im drżeć.

To nie jest ważne, Ramona. Pewnie taki opis miała w telefonie, zanim zbliżyłyście się do siebie, a później nie było momentu, aby to zmienić. Tyle się przecież wydarzyło. Może nie miała głowy do takich bzdur. Na pewno tak było.

Wchodzę w folder wiadomości. Od razu rzuca mi się w oczy moje nazwisko oznaczone czerwoną kropką. Potężna porcja nieodebranych smsów piętrząca się jak porzucony, niechciany obowiązek. Wchodzę głębiej. Ignoruję wszystko, co wysłałam. Znam te treści na pamięć. Trochę się wstydzę, tego co wysłałam. Zastanawiam się czy nie skasować wszystkiego, czego Dobi… czego Dobrawa jeszcze nie zdążyła przeczytać. Uniknęłabym upokorzenia, niezręczności. Chociaż z drugiej strony, jeśli to przeczyta, to może odezwie się i wszystko wróci do normy. Inaczej nie będę wiedziała jak zareaguje. Po chwili wahania zostawiam wszystko na swoim miejscu. Sunę palcami po ekranie szukając jednej konkretnej wiadomości w naszej konwersacji.

"Lepiej będzie, jeśli…"

Potrzebuję dłuższej chwili, żeby ją odszukać. W końcu trafiam na właściwe miejsce. Palce mi drżą, kiedy naduszam tekst, który wyjaśni, jakie plany wobec nas ma Dobrawa.

"Lepiej będzie, jeśli…." - zatrzymuję się na chwilę, przymykam oczy w nagłej potrzebie znalezienia się z powrotem we wczorajszym dniu, kiedy jeszcze nie było mowy o tym, że będzie lepiej jeśli, wydarzy się coś, czego ja nie chcę zaakceptować. Patrzę na śpiącą kobietę, prosząc ją wzrokiem, aby się jeszcze zastanowiła, aby przemyślała sprawę zanim padną słowa, których nie będzie można już odwrócić.

Spojrzenie ponownie skupia się na ekranie telefonu.

"Lepiej będzie, jeśli nie będziemy się widywać przez jakiś czas, Ramona. To nie jest zdrowe."

Głowa ucieka mi w górę. Oczy błądzą po suficie. Broda drży.

To nie jest zdrowe.

Nie jest zdrowe.

Koncentruję się na ustaniu drżenia. Udaje się, ale gorzej mi idzie z odegnaniem mgły sprzed oczu. Wycieram je gniewnie nadgarstkiem.

- Nie jest zdrowe, powiadasz? - nie liczę na odpowiedź. Dobrawa nieźle przyćpała. Drżącą dłoń wsuwam pod koc, jakim jest przykryta i zanurzam palce w ciepłej skórze brzucha - Nie jest zdrowe, co?

Złość jest tak wielka, że mam ochotę zacisnąć paznokcie na miękkiej tkance i zniszczyć jej gładą strukturę. Brakuje mi odwagi, aby to zrobić.

Wracam do telefonu.

Wystukuję nowy record w wyszukiwarce wiadomości: Marta.

Wyskakuje kilka Mart. Ale tylko jedna zapisana jest w ulubionych.

Marta. Bez nazwiska. Bez adnotacji. Wszystkie wiadomości odczytane. Żadnych zaległości. Korespondencja prowadzona gładko. Żadna ze stroni nie czekała długo na odpowiedź. Jakoś to mało tożsame z tym, na co ja musiałam się godzić, czekając godzinami na wiadomość, wysyłając ponaglenia, prosząc o zwrotkę na proste pytanie. Czy przyszło jej do głowy jakie to musi być dla mnie upokarzające? Cały dzień przyklejać twarz do telefonu w oczekiwaniu na sygnał dźwiękowy? Pewnie nie. Mi przyszło do głowy dopiero teraz, kiedy zobaczyłam jak wyglądało to, kiedy po drugiej stronie rozmowy był ktoś inny. Ona.

Marta.

"Nie powinnaś być tam sama"

"Nic mi nie będzie Dobrawa. Po prostu obiecaj, że nic nie powiesz Mateuszowi"

"To nie jest teraz ważne. Załatwicie tą sprawę inaczej. Nie możesz go wiecznie trzymać na odległość. I tak się dowie się."

"Oczywiście, że się dowie, ale to nie jest ten moment."

"A kiedy będzie? Jak długo będziesz jeszcze czekać?"

"Nie wiem.… ? "

"Boję się o Ciebie"

"Nic złego się nie wydarzy."

"Nie jestem tego pewna. Nie widziałaś jej. Była przerażająca"

"Nie przejmuj się nią. Oczyść umysł. Skup się na sobie. Wypocznij. Powiedz jej, że musicie od siebie odpocząć. To nie jest zdrowe Dobrawa."

"Łatwo ci mówić. Czuję jej obecność… nawet przez ścianę. To okropne."

"Przykro mi"

"Powiedz M.… kiedy to wszystko się skończy? Kiedy znowu będzie normalnie?"

"Już niedługo. Jeszcze trochę, i obie będziemy szczęśliwe… Obiecuję Ci. Dobranoc Dobrawa"

Delikatnie odkładam telefon na swoje miejsce. Zasuwam szufladę. Sięgam po listki z tabletkami i zaczynam metodycznie wytłaczać z nich wszystkie kapsułki. Nie ma ich wiele. Po dwie lub trzy w każdym opakowaniu. Nie zapominam o szklanym pudełeczku na podłodze. Te kilka sztuk, które posypały się po podłodze rozdeptuję piętą. Wybieram kolorowe punkty z dywanika przy łóżku. Nie jest trudno je zlokalizować w grubym, białym wełnianym runie.

- To nie jest zdrowe Dobrawa - w garści trzymam jakiś tuzin różnych tabletek migrenowych - Powinnaś wypocząć, skupić się na sobie. Oczyścić umysł.

Wsypuję tabletki do tylnej kieszeni jeansów. Prostuję plecy, pozwalając kręgom głośno wskoczyć na swoje miejsce.

Robię krok w stronę wezgłowia. Delikatnym ruchem strącam z półki szklankę z wodą. Szkło miękko ląduje w zakamarkach baraniej skórki. Jasne pukle szybko pochłaniają zawartość naczynia.

- Trzeba tu posprzątać Dobrawa. Ale nie martw się. Zajmę się tym. Jeszcze trochę i obie będziemy szczęśliwe. Obiecuję ci. Dobranoc.

Pochylam się i całuję Dobrawę w policzek.

- Karaluchy pod poduchy, kochanie.

Zanim wychodzę z sypialni, podnoszę rolety. Rankiem wpadnie tu sporo światła. Szkoda tracić takiej dobrej pogody.

W przedpokoju zatrzymuję się przed drzwiami wyjściowymi. Nie widzę potrzeby, abym znów musiała skakać po balkonach. Drzwi są zamknięte na klucz. Nie ma zasuwy. Nie szkodzi. Wiem, gdzie Dobrawa trzyma klucze. Mała korkowa tablica zaraz po prawej stronie. Są. Wiszą na jednym z haczyków, które kiedyś zamontował Wojtek. Pozostała przestrzeń z korka służyła za miejsce do zostawiania szybkich notatek. Mój wzrok zatrzymuje się na zdjęciu z polaroidu przypiętym pinezką. Dwie roześmiane dziewczęce buzie. Dźwięczące kieliszki wina na pierwszym planie. Kadr jest nieco rozmazany, jednak ostrość z jaką wbija się w moją duszę, jest bardzo precyzyjna.

Przykładam dłoń do twarzy. Pozwalam palcom wbić się w skórę, ścisnąć usta, wykrzywić, zdeformować, rozmazać niemy okrzyk rozpaczy.

Dosyć!

Dłoń wędruje do zdjęcia. Wyciągam delikatnie pinezkę, po czym zanurzam ją w środek czoła Marty.

- Pożałujesz tego.

Komentarze

Dodaj Komentarz

Twoj adres e-mail nie będzie opublikowany.