post image
Elżbieta Grymel

Z zapisków historycznych dowiadujemy się, że stojący tam kościół (drewniany) spłonął w roku 1807. Wokół świątyni znajdował się cmentarz. Nieco więcej możemy się dowiedzieć z opowieści ludowych krążących w naszym mieście. Kapliczkę postawiono w miejscu głównego ołtarza spalonej świątyni (bo taki jest niepisany zwyczaj). Podobno kościółek (taka jest też miejscowa nazwa te miejsca, pisana wielką literą) nie był wcale taki mały, jak sądzi się obecnie. Miał zajmować niemal cały istniejący placyk. Wobec tego przylegający do niego  cmentarz musiał zajmować  także tereny, na których stoją obecnie okoliczne domy. Wydarzenia sprzed kilku lat zdają się to potwierdzać. Przy remoncie kanalizacji  i wodociągu przy ulicy Bramkowej (prowadzącej w kierunku kina) natrafiono na kości ludzkie. Osoba, która mi to wtedy opowiadała, była tego naocznym świadkiem. Była też mocno zbulwersowana faktem, że mieszka na grobach! Jak wieść niesie ostatnie pochówki w tej okolicy miały jeszcze miejsce przed rokiem 1824, kiedy oddano do użytku cmentarz, znajdujący się za murem miejskim, w pobliżu kościoła farnego pod wezwaniem św. św. Filipa i Jakuba, ale o tym cmentarzu zw. też „starym” napiszę nieco później. Z przekazów mieszkańców dowiadujemy się, że świątynka, który spłonęła na początku XIX wieku, był pogardliwie nazywany przez mieszczan (szczycących się wspaniałą farą) „kościołem dla wsioków”, gdyż tam właśnie odbywały się nabożeństwa (w tym pogrzeby) dla parafian mieszkających poza miastem i w okolicznych wsiach. Tam też odprawiali msze żorscy katolicy (pozostało ich wtedy niewiele), kiedy kościół farny przeszedł w ręce miejscowych luteranów. Okres ten trwał około 70 lat. Wspomina o tym jedno z żorskich podań mówiące o tym, że w rozstrzygającym momencie miejscowi katolicy modlili się w kościele cała noc i rano okazało się, że jedno dziecko więcej urodziło się w rodzinie katolickiej. Wyznawcy tej religii mieli wtedy przewagę, a kościół farny miał być przyznany przez radę miasta temu wyznaniu, które było bardziej liczne. Jak to często bywa, podania mają jednak niewiele wspólnego z prawdą historyczną, ale bywają pocieszeniem duchowym.

Cmentarz zw. „starym” założony został na początku wieku XIX, kiedy to na farnym placu zabrakło miejsca na groby. W miejscu tym poprzednio miała być fosa miejska, która zasypano piaskiem  gruzem i ziemią. Żorzanie długo jeszcze nie byli podobno zachwyceni, że ich zmarli krewni będą chowani w tak „podłym” miejscu. Z kilkoma pochówkami na tym cmentarzu związane są różne miejscowe legendy. Pochowano tam też m.in. ks. Teodora Zgaślika (proboszcz żorski na przełomie XIX i XX wieku) oraz malarza kościelnego Jana Gajdę (1827-1911), a także w roku 1906 moja prababkę Mariannę Bołdys (z domu Smyczek), mieszkankę pobliskich Baranowic. W styczniu roku 1945 tymczasowe miejsce „spoczynku” znalazły tam ofiary bombardowania Żor, a nieco później także żołnierze radzieccy.

Pod kościołem farnym znajdowało się kilka krypt, gdzie pogrzebano znaczących obywateli naszego miasta. Z epitafiów, które kiedyś znajdowały się w kościele, po odbudowie w latach 40. XX wieku zachowały się tylko nieliczne. Sama pamiętam dwie płyty nagrobne, które na początku lat 60. stały oparte o mur (miejski) oddzielający kościół od cmentarza. Były wykonane w piaskowcu  i na każdej z nich znajdowała się dwoje dzieci. Jedna trafiła do Towarzystwa  Miłośników Regionu Żorskiego (późniejszy TMMŻ), druga – rozbita na trzy części, podobno zaginęła.

Na „stary cmentarz” trafił też krzyż pokutny, który pierwotnie znajdował się przy ulicy Rybnickiej w pobliżu klasztoru sióstr boromeuszek, gdzie w latach 1959-1960  chodziłam na naukę religii. Na tym cmentarzu pochowano też szczątki ludzkie wykopane na placu kościelnym podczas robienia wykopów pod kanalizację. Miało to miejsce na początku lat 60. Widziałam wtedy czaszkę z kępą długich, rudych włosów i wielką kość udową, o której nasz ówczesny proboszcz Adam Bieżanowski powiedział, że musiała należeć do olbrzyma.

Następna opowieść zacznę od pochówków na placu kościelnym, bo z nimi wiąże się pewna ciekawostka.

A teraz obiecana wiadomość na temat znaków (rzekomo podobnych do żorskich) na kościele pod wezwaniem Wszystkich Świętych w Gliwicach, który odwiedziłam w ostatnim czasie: Znaki oczywiście istnieją, przewaga mających postać ukośnej kreski, są płytsze i znacznie szersze niż żorskie i sprawiają wrażenie uszkodzeń przy produkcji cegły. Miejscami są widoczne nadpalenia i stopienia aż do zeszkliwienia.

Elżbieta Grymel

Komentarze

Dodaj Komentarz